Mimochodem. Fabularny debiut Marty Minorowicz pojawił się na ekranach polskich kin jakby od niechcenia. Przez pewien czas wymieniany jako jeden z filmów branych pod uwagę przy wyborze polskiego kandydata do Oscara, ostatecznie przytłumiony tym, co głośniejsze i bardziej światowe. W Gdyni doceniony jedynie za drugoplanową rolę Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik i nic poza tym. I choć chciałoby się zakrzyknąć z protestem, przyciągnąć widzów przed ekran i pokazać im, co tracą, to żadne z takich działań nie miałoby tutaj sensu. Reżyserka zdaje się bowiem rozumieć (a może raczej czuć), że materia filmowego języka najmocniej działa wtedy, gdy skorelowana jest z rodzajem nadawanego komunikatu, mówiąc prościej: forma odpowiada treści. Także forma dotarcia do widza. Iluzja nie pcha się więc na przód, nie stara się wybić. Nie krzyczy. Zamiast tego sączy się niespiesznie i stopniowo, cofa i zatrzymuje, by ostateczną drzazgę filmowych emocji docisnąć znacznie mocniej i głębiej, niż można się było spodziewać. W końcu jak inaczej miałoby być z filmem, którego głównym tematem jest nieobecność?

Fot. Materiały dystrybutora

Hanna (Agata Buzek) i Piotr (Marcin Czarnik) stracili córkę. Nie wiedzą, co się stało. Czy uciekła z domu? Została porwana? Czy żyje bezpiecznie gdzieś daleko, czy też jej ciało zakopano na pobliskiej plaży? Bohaterów poznajemy w momencie, gdy policyjne śledztwo zostało już zamknięte. Dowodów brak. Nie ma świadków i nie ma podejrzanych. Zrozpaczeni rodzice rozpoczynają więc poszukiwania na własną rękę. Gdy jednak racjonalne sposoby zawodzą, a kolejne uliczki okazują się ślepe, bohaterowie zaczynają rozszerzać zakres swych poszukiwań kurczowo chwytając się każdej napotkanej szansy. Przypadkowe przedmioty zaczynają wyglądać jak drogowskazy. Napotkani ludzie zdają się być posłańcami ukrytych znaczeń. Wszystko może przecież skrywać tajemnicę, która doprowadzi do rozwiązania zagadki. Wszystko rozpala nadzieję.

Ale rozwiązanie nie przychodzi. Hanna i Piotr krok po kroku muszą mierzyć się z odzieraniem z iluzji. Iluzji znaczeń, iluzji sensu swych bezowocnych poszukiwań. Iluzji szansy na zakończenie tej niekończącej się nieobecności. Bo nieobecność działa i zmusza bohaterów do stanięcia oko w oko z obezwładniającą pustką, jaką pozostawiło po sobie ich ukochane dziecko. Film Marty Minorowicz pokazuje, że trwanie w tej pustce równa się z zaglądaniem do czarnej dziury, która uniemożliwia ucieczkę, odbiera życiowe soki i wydrąża bohaterów od środka pozostawiając tylko puste naczynia.

Fot. Materiały dystrybutora

Ale to nie pustka w Iluzji zwycięża. Choć nieobecność zbiera swe żniwo, to film skupia się na drodze bohaterki, która pomimo wszystko wciąż walczy. Wciąż wierzy i wciąż wyciąga rękę po każdą nawet najmniejszą nitkę, która połączy ją z resztkami istnienia. A gdy nie ma już czego się chwycić, wydarza się coś, co przełamuje granice rozumowego poznania.

Największa siła filmu Marty Minorowicz tkwi w perfekcyjnym wyważeniu tonu, z jakim pokazuje się tę niedopowiedzianą, ponadrozumową tajemnicę, która staje się udziałem bohaterki. Czy to ból tęsknoty za córką, czy tak długa egzystencja twarzą w twarz z pozostawioną przez dziecko pustką, a może niestrudzona walka o coraz to nową nadzieję – nie wiadomo. Wydarza się jednak coś, co otwiera bohaterkę na inny rodzaj postrzegania. Na doświadczenie niewytłumaczalnego. Na nowe. Czy może nawet (aż strach użyć tego niemodnego słowa, ale spróbuję) – na cud.

Podjęcie takiego tematu to duże wyzwanie – łatwo wypaść kiczowato, płytko czy zbyt patetycznie. Ale film Marty Minorowicz jest jak najdalej od któregokolwiek z tych zagrożeń. Z pewnością duża w tym zasługa Agaty Buzek i jej unikalnej aury (chyba jeszcze bardziej niż samych aktorskich umiejętności, jeśli możemy w ogóle rozdzielać te kwestie), dzięki której Iluzja sięga po te najgłębiej ukryte i najbardziej intrygujące obszary duchowości. Ale jak to z cudami bywa nie jest nam dane poznanie jego ukrytego sensu. A to, co się wydarza, zamiast serii odpowiedzi, raczej mnoży kolejne pytania. Siła matczynej miłości otwiera drzwi, choć nie koniecznie te, których otwarcia można się było spodziewać.

Fot. Materiały dystrybutora

Iluzja to film przewrotny. W ostatecznym rozrachunku okazuje się bowiem opowieścią wcale nie o pustce, ale właśnie o obecności. O współistnieniu. O tym, że łączy nas więcej, niż nam się wydaje. Otwierająca film lekcja o Pando – czyli lesie topoli w sercu amerykańskiej puszczy, który choć sprawia wrażenie skupiska wielu drzew, w rzeczywistości jest jednym i tym samym organizmem – staje się refrenem, powracającym kilkukrotnie i pięknie rymującym się z opowiadaną w filmie historią. Znaczenie Pando skrywają dwie warstwy filmowej narracji. Pierwszą z nich jest miłość – tu akurat ta matczyna i ojcowska, której siła definiuje naszą egzystencję i łączy z drugą osobą więzami tak silnymi, że po ich przerwaniu pozostawia nas niczym zwierzę pozbawione niezbędnej do życia kończyny. Pod pierwszą psychologiczną warstwą kryje się jednak to, czego racjonalnie wytłumaczyć nie możemy. Jakiś rodzaj bliskości – międzyludzkiego połączenia przysłonięty tajemnicą granic rozumowego poznania. Zakopany głęboko tak jak korzenie topoli Pando, ale obecny. Czerpiący z cierpienia, które jednoczy. Z wiary, która wzmacnia. Z miłości, która ocala. A wynikające z tej niewytłumaczalnej bliskości zjednoczenie choć raczej nie wypełni ciążącej na nas pustki, to jednak przyniesie jakiś rodzaj otuchy i ukojenia. Da siłę, by podnieść się z otchłani i ruszyć dalej. Przed siebie.