Tak się złożyło, że w czasie inwazji Rosji na Ukrainę w ostatnim tygodniu lutego, kończyłem po raz kolejny lekturę „Białej gwardii” Michaiła Bułhakowa. Bułhakow jest jednym z moich ulubionych pisarzy, a do ponownej lektury tej książki skłoniły mnie dwa czynniki: nowe wydanie przez PIW, w eleganckiej edytorsko formie dzieł zebranych, które zakupiłem jakieś dwa lata temu oraz ubiegłoroczna wizyta w Kijowie, gdzie odwiedziłem rodzinny dom Bułhakowa na Andrijewskim Uzwizie, który jest jedną z głównych atrakcji turystycznych tego pięknego miasta. A raczej do niedawna był.

Bułhakow urodził się i wychował w Kijowie, ale nie był Ukraińcem. Nie czuł się Ukraińcem. Był i czuł się Rosjaninem. Widać to wyraźnie w „Białej Gwardii”, gdzie z dużym przekąsem – mówiąc eufemistycznie – wypowiada się o Petlurze i jego próbie zapanowania nad Kijowem. Trudno jednak uznawać Bułhakowa za nacjonalistę; był to raczej człowiek związany sercem z codzienny życiem przedrewolucyjnej carskiej Rosji, za którą zżymając się na rewolucyjne porządki tęskni on i jego bohaterowie. Myślę, że kagiebista Putin i jego groteskowa świta napawałaby Bułhakowa takim samym obrzydzeniem i przerażeniem, co towarzysze z moskiewskiego komdomu (komitetu domowego). A jednak, dzisiaj Putin postanowił wkręcić go w diabelską machinę swojej antyukraińskiej propagandy, na co stanowczo i dość jednoznacznie zareagowali Ukraińcy. Nakręcony w Rosji film na podstawie „Białej gwardii” został właśnie wstrzymany w Ukrainie i ponoć jest plan, by usunąć nawet podobiznę pisarza z ulicy, gdzie stoi jego rodzinny dom. Co więcej, dotyczy to nie tylko autora „Diaboliady”. Także i rosyjski pacyfista Lew Tołstoj znalazł się on liście dóbr kultury rosyjskiej przeznaczonej w Ukrainie do odstrzału.

Tu pojawia się pytanie, czy w obliczu ataku Rosji na Ukrainę i barbarzyńskiego postępowania Rosjan należy także potraktować jako wrogą rosyjską kulturę, a jeśli tak – to do jakiego stopnia?

Zrozumiałe jest zrywanie kontaktów z rosyjskimi instytucjami kulturalnymi, które są narzędziem polityki kulturalnej Putina. Publiczne instytucje kultury są zresztą narzędziem polityki każdego państwa, co nie oznacza, że zawsze ta polityka jest zła i godna potępienia. Jednak w tym przypadku mamy do czynienia z państwem przestępczym i mafijnym, którego władze od dawna zabijają niepokornych dziennikarzy, a opozycjonistów pałują, trują i wysyłają do kolonii karnych, stanowiących wersję Gułagu 2.0, a teraz prowadzą okrutną wojnę bez żadnych zasad. Można się tylko zastanawiać dlaczego ta świadomość współpracy z instytucjami zależnymi całkowicie od Putina dotarła do ludzi kultury, którzy powinni wykazywać się większą wrażliwością niż przeciętny zjadacz chleba, dopiero dzisiaj? Przecież Krym został podstępnie zajęty przez Rosję w 2014 roku i wtedy też rozpoczęła się wojna w Donbasie i Ługańsku, w czasie której ginęło wielu młodych Ukraińców. Wzdłuż pomalowanego na niebiański błękit muru otaczającym Sobór Michaiłowski w Kijowie umieszczone są zdjęcia wszystkich poległych w tej wojnie od 2014 roku. Mur ten długi, ciągnie się i ciągnie, ale jestem pewien, że teraz brakuje tam miejsca na nowe zdjęcia.

Po 24 lutego wiele instytucji jakby przebudziło się z letargu i wyrażając sympatie wobec Ukrainy zerwało stosunki z instytucjami rosyjskimi: Ermitage Amsterdam, filia słynnej petersburskiej galerii zerwała kontaktu ze swoją centralą i zamknęła wystawę „Rosyjska awangarda. Rewolucja w sztuce”. I znów pojawia się pytanie – dlaczego dopiero teraz zerwano te zależności? Przypomnijmy, że to właśnie Holandia oskarżyła Rosję o zestrzelenie samolotu MH17 nad Ukrainą, do czego zresztą Rosja się nie przyznała. Obywatele Holandii stali się zatem już wcześniej ofiarami napaści Rosji na Ukrainę i – co więcej – Rosja bezczelnie zignorowała ten fakt. Samo zamknięcie wystawy jest jednak raczej gestem politycznym, natomiast z punktu widzenia kultury pojawia się tutaj kilka zasadnych pytań. Na wystawie miały być prezentowane m.in. prace Kazimierza Malewicza, który jest celebrowany w Kijowie jako ukraiński artysta. Malewicz, wspierający aktywnie bolszewików, choć później stał się też ich ofiarą, do tej pory nikomu nie przeszkadzał. Teraz, podobnie jako Bułhakow, który miał do bolszewików całkowicie odmienny stosunek, został zaliczony – przynajmniej w Holandii – w poczet sojuszników Putina.

Kazimierz Malewicz, Czerwona kawaleria, 1931, Wikimedia Commons

Z drugiej strony, inny awangardowy artysta działający na usługach stalinowskiego reżimu, urodzony na Ukrainie Aleksandr Dowżenko, autor m.in. obrzydliwego propagandowego filmu gloryfikującego tzw. wyzwalanie Zachodniej Ukrainy przez Armię Czerwoną we wrześniu 1939 roku, pochowany w Moskwie laureat nagrody Stalina, zachował swoją pozycję; w Kijowie działa narodowe centrum filmowe jego imienia, które po 24 lutego organizuje także pokazy filmów wlewających otuchę w naród ukraiński.

Ukraińskie korzenie za sprawą pradziadka kozaka ma też słynny kompozytor Piotr Czajkowski. W Kijowie działa Akademia Muzyczna jego imienia, co nie uchroniło jego utworów, które nie tylko na Ukrainie, ale i w wielu innych państwach nie są dziś wykonywane jako ekspozytura rosyjskiej kultury, czyli propaganda Putina. Dotyczy to zresztą wielu innych kompozytorów, którym trudno udowodnić jakikolwiek udział w putinowskiej agresji. Nad kulturą rosyjską odbywa się teraz swoisty sąd wojenny i jak to z takimi sądami bywa, wyroki zapadają szybko i nie ma czasu na dociekanie niuansów. Ciekawa jest w tym kontekście wypowiedź wybitnego skądinąd profesora Wojciecha Roszkowskiego, który w opublikowanym wywiadzie rzece pt. „Jeszcze nic straconego” (Biały Kruk, Kraków 2022) stwierdza, że jakkolwiek przedstawiciele kultury rosyjskiej choć często genialni, to jednak w swoich utworach w większości ukazywali lub wręcz gloryfikowali butną i pełną przemocy rosyjską naturę: „Przykro to powiedzieć, ale kultura rosyjska to w decydującej mierze pycha, chamstwo, okrucieństwo i agresja, a najwybitniejsi jej przedstawiciele genialnie tylko tę pychę, chamstwo, okrucieństwo i agresję ukazywali”. Może nie tyle wątpliwe jest w tej ocenie to, że najwięksi twórcy rosyjscy skupiali się na negatywnych cechach człowieka, bo może rzeczywiście to prawda, trudno jednak obronić tezę, że skupiając się na ciemnej stronie duszy tylko tę stronę biernie ukazywali i w ten sposób przyczyniali się do utrwalenia cech złych. Weźmy pod uwagę np. powieść „Mistrz i Małgorzata”, która pełna jest opisów kumoterstwa, cwaniactwa czy obrzydliwego koniunkturalizmu cechującego Rosjan. Trudno jednak redukować wymowę tej powieści jedynie do ukazywania wspomnianych wyżej cech. Jest to raczej gorzka diagnoza i ostra krytyka upadku człowieczeństwa w skutek rewolucji, która dopuściła do głosu to, co najgorsze i najprymitywniejsze w człowieku. Zbydlęcenie nastąpiło do tego stopnia, że w powieści tej – o paradoksie – obrońcą człowieczeństwa musiał stać się diabeł.

Słuchałem ostatnio opowieści polskiego żołnierza walczącego ramię w ramię z Ukraińcami, który opisywał Buczę po wypędzeniu z niej Rosjan. Uderzyły go okrutne zbrodnie dokonane na cywilach, ale może jeszcze bardziej wizyta w jednym z opuszczonych przez Rosjan domów: na ścianie wisiał obraz olejny w dekoracyjnej ramie – obraz nie bardzo zainteresował napastników, choć wyglądał na cenny. Uwagę rosyjskich żołdaków przykuła złocona rama, którą pieczołowicie ze złoceń obdarli. To chyba kwintesencja barbarzyństwa – wzgardzić tym co naprawdę wartościowe, zdobyczami cywilizacji, w imię których Ukraińcy dążą do Unii Europejskiej chcąc się wyrwać z ramion kacapii, a skupić się na błyszczącej, ale w gruncie rzeczy bezwartościowej złotej farbie. Obrazek godny prozy Bułhakowa.

Czy jednak dotyczy to tylko społeczeństwa rosyjskiego? Raczej każdego społeczeństwa, które dopuści do zniszczenia systemu wartości opartego na kodeksie moralnym. Zamieni dobro ze złem, honor zastąpi cynizmem. W tym tkwi wielkość tej literatury, zresztą każdej wielkiej literatury i kultury, że choć karmi się warunkami konkretnego narodu, jej przekaz sięga ponad ten naród i dotyka istoty człowieczeństwa i każdego człowieka. Nie daje się zamknąć w obrębie jednego, choćby nawet najbardziej szlachetnego narodu.

Po zbrodniach dokonywanych przez Rosjan w Buczy, Mariupolu i wielu innych ukraińskich miastach i wsiach, doskonale rozumiem nienawiść Ukraińców do języka rosyjskiego i wszystkiego, co z Rosją się kojarzy. Martwi mnie jednak ten często dość chaotyczny i w gruncie rzeczy niesprawiedliwy atak na wielkich twórców, którym przyszło tworzyć w Rosji i posługiwać się rosyjskim językiem. Czuję jakbyśmy, choć motywowani słusznymi intencjami, zagłębiali się w jakiś absurdalny i bezduszny świat, tak genialnie opisany w wielu książka Michaiła Bułhakowa. W tym kontekście przypomina mi się postać brytyjskiego historyka sztuki i wieloletniego dyrektora the National Gallery w Londynie – profesora Kennetha Clarka, który w czasie II wojny światowej, gdy większość muzeów i instytucji kultury została zamknięta, organizował codzienne otwarte koncerty fortepianowe w swej instytucji. Udręczeni nalotami londyńczycy tłumnie odwiedzali te wydarzenia, by choć na chwilę dzięki muzyce przenieść się do innego, pięknego świata i wzmocnieni duchowo stawiać czoła trudnym warunkom wojennym. W repertuarze były także utwory wielkich kompozytorów niemieckich, bowiem Clark wychodził z założenia, że walczymy z wrogiem, to znaczy z Niemcami, ale nie walczymy z wielką kulturą, która nie należy tylko do narodu niemieckiego, ale do całej ludzkości. I ta kultura także jest naszym sojusznikiem w walce z barbarzyństwem. Jak dzisiaj spojrzymy na taką postawę profesora Clarka? Czy nie jawi się ona równie anachronicznie, co opisana przez Bułhakowa w „Psim sercu” postać profesora Preobrażeńskiego, który nie rozumiał dlaczego domaganie się chodnika na schodach i nie wchodzenia na marmurową podłogę w zabłoconych kaloszach jest oznaką myślenia kontrrewolucyjnego, czy też postać profesora Persikowa w „Fatalnych jajach”, który zastanawiał się dlaczego postępy marksistowskiej rewolucji oznaczają nieuchronny regres herpetologii. A zatem postawmy to pytanie – czy czytanie Bułhakowa ma być dzisiaj odbierane jako oznaka wspierania imperializmu Putina?