Fot. Materiały dystrybutora

Za oknami coraz więcej słońca, konwalie zaczynają kwitnąć, a do kin trafia „Mała mama” Céline Sciammy. Dzień Matki coraz bliżej.

Przyglądając się filmom, które gościły na ekranach polskich kin w ciągu kilku ostatnich miesięcy nietrudno zauważyć, że macierzyństwo jest jednym z ulubionych tematów poruszanych przez twórców filmowych w tym sezonie. O blaskach i cieniach bycia matką opowiadała niezwykła „Córka” („Lost Daughter”, reż. Maggie Gyllenhall, 2021), a siła macierzyńskiej miłości połączyła bohaterki „Matek równoległych” Almodovara („Madres Paraleles”, 2021). Relacja matki i dziecka okazywała się jednym z ważniejszych elementów fabuły „C’mon C’mon” (reż. Mike Mills, 2021), „Spencer” (reż. Pablo Larrain, 2021) czy „Belfastu” (reż. Kenneth Branagh, 2021). W niektórych wypadkach tematem stawało się nie tyle macierzyństwo, co jego brak – świadoma rezygnacja z roli matki i związane z nią konsekwencje, naznaczyły życie bohaterki „Najgorszego człowieka na świecie” (reż. Joachim Trier, 2021).

Fot. Materiały dystrybutora

Z czego wynika ten macierzyński zwrot w świecie kina? Być może odcięci od zewnętrznego świata, żyjący w lockdownowej rzeczywistości, twórcy zwrócili swe spojrzenia na to, co ich otoczeniu najbliższe: na osoby i relacje przynależące do sfery najbardziej prywatnej. A może to właśnie spowodowane pandemicznymi ograniczeniami rozdzielenia rodzin stały się motywacją niektórych scenariuszy? Mogły to być oczywiście także inne okoliczności zupełnie z pandemią nie związane, przypadkowo zbiegające się ze sobą w czasie, układając się w narrację o świecie, który z różnych względów uległ pewnemu przesileniu i musi narodzić się na nowo. Razem z filmowymi bohaterami znowu stajemy się więc dziećmi z szeroko otwartymi oczami i rączką kurczowo ściskającą matczyną dłoń.

Takim dzieckiem jest także ośmioletnia Nelly, która razem z rodzicami przyjeżdża do domu swojej zmarłej niedawno babci. Rodzice zabierają pozostałe po babci przedmioty, a Nelly eksploruje okolice, w których jej mama spędziła dzieciństwo. Cały pomysł na konstrukcję filmowej fabuły oparty został na wykorzystaniu poetyki realizmu magicznego jako odzwierciedlenia dziecięcej perspektywy postrzegania świata. Historia rozgrywa się tu bowiem na dwóch planach – realistycznym oraz w tajemniczej pętli czasowej, do której wkracza Nelly, by spotkać postaci z przeszłości. Przemieszanie tych dwóch planów, zacieranie granic pomiędzy realizmem a fantazją w niezwykle trafny sposób oddaje dziecięcy sposób poznawania świata. Sposób, w którym nadrzędną rolę odgrywają emocje – równie silne i prawdziwe niezależnie od tego, czy ich źródłem jest rzeczywistość czy też dziecięce zabawy i marzenia.

Fot. Materiały dystrybutora

O czym marzy Nelly? Początkowo zdawać się może, że nie łatwo będzie dotrzeć do wewnętrznego świata dziewczynki, ponieważ panująca w jej rodzinie żałoba (wynikająca ze śmierci babci, a może i będąca czymś więcej) skutecznie przytłumia wszelkie przejawy intensywniejszych emocji. Minimalizm tej historii widoczny jest nie tylko w warstwie emocjonalnej, ale również w jedności miejsca, czasu i akcji, ograniczonej liczbie osób, a nawet malejącej liczbie przedmiotów, które są stopniowo usuwane przez opróżniających dom rodziców Nelly. Może właśnie dlatego nieliczne, pozostałe w tej opustoszałej rzeczywistości przedmioty, nasycone zostają całą gamą znaczeń – stają się łącznikami z tym, co minione. To od starego zeszytu z dzieciństwa swojej mamy Nelly zaczyna snuć domysły i zadawać pytania o przeszłość. Ale uzyskanie odpowiedzi nie jest łatwe, bo mama zajęta jest innymi sprawami. Przyzwyczajona do samotności Nelly postanawia poszukać odpowiedzi na własną rękę, co prowadzi ją do zupełnie nieoczekiwanego spotkania. Granice pomiędzy snem a jawą zostają zatarte, a Nelly wkracza do lustrzanego odbicia swej rzeczywistości, w którym wszystko okazuje się prostsze. Nie ma tu może wielu zbędnych słów czy wyjaśnień, ale jest bliskość. Jest radość ze wspólnie wybudowanego szałasu, jest smak usmażonych razem naleśników. Czułość, za którą Nelly tak bardzo tęskniła.

Głównym tematem filmu okazuje się więc dojmująca potrzeba miłości. Największym marzeniem dziewczynki jest odnalezienie drogi do matczynego serca. Nelly nie potrafi zrozumieć dlaczego mama jest smutna, nie pojmuje problemów świata dorosłych. Czuje, że stają się one barierą, która oddziela ją od osoby w jej małym wszechświecie absolutnie najważniejszej. Ucieka więc w krainę nieograniczonej fantazji, w której odmienność doświadczeń i problemów nie staje już na drodze do matczyno-dziecięcej bliskości.

Ostatecznie jednak, to właśnie te problemy stają się elementem łączącym, a przez to źródłem porozumienia. Magiczna pętla czasowa ustawia matkę i córkę w równoległych sytuacjach – obie stają przed koniecznością zakończenia pewnego rozdziału. Potrzebą pożegnania, zostawienia za sobą przeszłości, by zmierzyć się z nieznanym. Dzięki tej paraleli udaje się odnaleźć porozumienie, które pozwala na odrodzenie się łączącej je więzi.

Fot. Materiały dystrybutora

Lustrzane podobieństwo dwóch światów oraz losów obu bohaterek uwypukla uniwersalność poruszalnych w filmie problemów. Zwraca uwagę, że bez względu na upływający czas matczyna miłość jest życiodajnym tlenem, którego (świadomie lub nieświadomie) łaknie dziecko. Czas spędzony na budowaniu relacji pomiędzy matką a córką, staje się w filmie czasem niemalże uświęconym. Jednocześnie „Mała mama” nie ucieka w idealizację. Nie omija problemów stających na drodze obustronnego porozumienia, wręcz przeciwnie – zwraca uwagę, że macierzyństwo może w tych trudnych momentach okazać się oparciem. Ratunkiem przed tym, co w pojedynkę byłoby nie do uniesienia. By tak się jednak stało, konieczna jest wspólna praca nad takiej relacji budowaniem.

Mówi o tym jedna z niezwykle symbolicznych scen filmu, podczas której matka i córka spędzają wspólnie czas pływając pontonem po okolicznym jeziorze. Kamera obserwuje, jak dzięki dziarskiemu wiosłowaniu docierają do tajemniczej piramidalnej figury znajdującej się po środku jeziora. Nie rozmawiają, bo nie ma o czym. Wiosłują dalej, jednocześnie podziwiając miejsce, które odkryły wspólnie. Wzbogacona niezwykłą warstwą muzyczną scena (to jedyny moment w filmie, w którym pojawia się jakakolwiek niediegetyczna ścieżka dźwiękowa) okazuje się jedną z najpiękniejszych i najbardziej poruszających metafor relacji matki i dziecka we współczesnym kinie. Wiosła rytmicznie przebijają taflę wody, matka i córka patrzą sobie w oczy. Powietrze nasycone jest atmosferą jakiejś niedopowiedzianej tajemnicy. Jest ciekawość nowego odkrycia, jest radość ze wspólnie spędzonego czasu, ale jednocześnie powaga związana ze świadomością niezwykłości chwili. Jest współdziałanie. Bliskość. Miłość, która pozwala dotknąć sacrum.


„Mała mama” („Petit Maman”, reż. Céline Sciamma, 2021) dostępna w repertuarze kina U–jazdowski od 20 maja!