Motyw z plakatu „Achtung Russia!” Wojciecha Korkucia można dziś zobaczyć niemal wszędzie; podczas ulicznych protestów, w mediach, na koszulka noszonych przez dziennikarzy od lewa do prawa, a nawet na butelkach z piwem.

Widok wystawy Sztuka polityczna w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. Fot. Daniel Czarnocki.

Plakat powstał w 2014 roku, kiedy Rosja pod wodzą Putina sięgnęła po Krym. Dziś, kiedy Rosja Putina bombarduje Ukrainę w zbrodniczy sposób, przypominający bombardowania niemieckie z czasów II wojny światowej, plakat ten stał się jeszcze bardziej aktualny. Wszystko w tym plakacie jest na swoim miejscu: zarówno sugerujący śmiertelne niebezpieczeństwo wizerunek głowy Putina na tle skrzyżowanych piszczeli; hasło Russia z użyciem emblematu Schutzstaffel der NSDAP, gdy wojska rosyjskie zachowują się tak, jak niemiecki pierwowzór; oraz napis Achtung w języku niemieckim, bowiem to ostrzeżenie należy skierować do Zachodu, a konkretnie do Niemiec, które konsekwentnie rozwijają współpracę gospodarczą z Rosją, finansując jej zbrojenia i sprzedając – mimo sankcji – elementy uzbrojenia.

Jednak podobnie jak hasło memento mori jest lekceważone przez tych, którzy uzależnieni są od uciech życia, tak Ci, którzy uzależniali Europę od handlu z Rosją, nie chcieli dostrzegać plakatowego mementa.

Od pierwszej ekspozycji plakatu, Korkuć spotykał się z oznakami niechęci i szykan. Już w 2014 roku policja próbowała zakwalifikować jego plakat jako przestępstwo propagowania faszyzmu i ustroju totalitarnego. Artysta był także oskarżany o sianie nienawiści wobec Rosji i rusofobię. Publiczna prezentacja plakatu mogła wiązać się z przykrymi konsekwencjami. W 2018 roku plakat wykorzystano jako tło w programie „Minęła 20”, emitowanym w TVP info. W sprawie tej interpelację poselską złożył poseł PO Grzegorz Furgo, który domagał od Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego wyciagnięcia konsekwencji wobec nadawcy. W jego opinii było to skandaliczne dezawuowanie decyzji innego państwa, w domyśle Rosji. W wyniku tego i innych protestów (o wyjaśnienia został poproszony także polski ambasador w Moskwie), wydawca oraz prowadzący program zostali czasowo zawieszeni i ukarani finansowo.

Widok wystawy Sztuka polityczna w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. Fot. Daniel Czarnocki.

Plakat pojawił się także na wystawie „Sztuka polityczna” w CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie wraz z grupą prac odnoszących się do zbrodniczej działalności reżimu Putina i Łukaszenki. Jednak i wówczas, jeszcze parę miesięcy przez inwazją na Ukrainę, został on zignorowany, tym razem przez krytyków sztuki. Choć wystawa była licznie komentowana i opisywana przez różne media, prawie w ogóle nie wspominano o tej części, która dotyczyła krytyki wschodniego reżimu i działań Putina. Jeśli już dostrzeżono obecność plakatu, była ona bagatelizowana.

Nie ma nic prostszego niż wskazać palcem na Putina, wiecznego polskiego straszaka (boogeyman), a jednocześnie odwracać się od polskiego opresyjnego reżimu - pisał w piśmie „Hyperallergic” Viktor Witkowski.

Dla mieszkającego w Niemczech krytyka poważniejszym zagrożeniem jest wieszanie przez lewicowego aktywistę fikcyjnych tabliczek z napisem „strefa wolna do LGBT”, niż uzależnianie Unii Europejskiej od rosyjskich węglowodorów i finansowanie przez to śmiertelnego zagrożenia.

Ze stwierdzenia, iż krytykowanie Putina jest dość popularne i łatwe w Polsce, powinno wynikać, że w polskiej sztuce istnieje wiele dzieł na ten temat i ich odnalezienie nie powinno stanowić problemu. Okazuje się jednak, że takich prac jest niewiele; chociaż po inwazji Rosji na Ukrainę takie dzieła zaczęły się pojawiać – dlaczego? Myślę, że z tego samego powodu niewiele jest podobnych, w jasny sposób krytykujących Putina prac – przynajmniej w oficjalnych przestrzeniach wystawienniczych na Zachodzie. Sztuka współczesna chce być narzędziem ulepszania społeczeństwa i diagnozowania nadciągających zagrożeń; ilość prac krytykujących amerykański imperializm, ostrzegającymi przed zmianami klimatycznymi, walczących z ksenofobią czy homofobią jest – zaiste – olbrzymia. A jednak to zagrożenie, które materializuje się teraz tuż przy wschodniej granicy Unii Europejskiej w postaci rakiet spadających na mieszkalne bloki nie zostało zdiagnozowane. Sztuka współczesna go nie dostrzegła. Przecież wojna na wschodzie Ukrainy trwa przynajmniej od 2014 roku, wcześniej był atak na niepodległą Gruzję, jeszcze wcześniej Putin wymordował dziesiątki tysięcy Czeczeńców, a powodem tej krwawej operacji były zemsta za wysadzone rzekomo przez czeczeńskich terrorystów bloki mieszkalne w Moskwie. Jednak, jak dowodzi brytyjski dziennikarz Edward Lucas, dokonało tego posłuszne Putinowi FSB. Książka Lucasa pt. „Nowa zimna wojna”, wydana w Polsce w 2008 roku, jasno wskazuje, że zbrodniczy reżim Putina opiera się na handlu surowcami z Europą. To Europa karmi zbrodniarza, który krok po kroku zbliża się do jej granic i ćwiczy nuklearne ataki na Europejskie stolice, a dziś bombarduje mieszkalne bloki w ukraińskich miastach.

Warto ponowić pytanie, dlaczego czuły sejsmograf sztuki współczesnej, wyłapujący wszelkie zagrożenia dla współczesnego świata ominął to, które wydaje się dziś najpoważniejsze i każe z niepokojem myśleć o nowej wojnie światowej – rosyjski imperializm. Jako jedyne sensowne wyjaśnienie na myśl przychodzą tylko argumenty polityczne. Nie jest poprawne politycznie otwarte krytykowanie Rosji i Putina, kiedy rosyjski gaz i w mniejszym stopniu ropa, stały się jedną z podstaw gospodarczej siły i pozycji politycznej krajów zachodniej Europy; w tym przede wszystkim Niemiec, dla których współpraca ta stanowi swoisty fundament ichniego stylu życia. Na tej same zasadzie, Papież Franciszek nawet teraz nie krytykuje w otwarty sposób inwazji Rosyjskiej na Ukrainę, bowiem zdaje sobie sprawę, że katolicy żyjący w Rosji mogliby ponieść tego konsekwencje. W ten sposób stali się oni zakładnikami Putina. Podobnie Zachód uzależniając się ekonomicznie od Rosji (ale też od Chin) stał się zakładnikiem tych reżimów.

Widok wystawy Sztuka polityczna w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. Fot. Daniel Czarnocki.

Bieżąca sytuacja w znacznym stopniu weryfikuje tak zwaną „niezależność sztuki współczesnej”, która okazuje się bardzo uzależniona od instytucji, grantów i mainstreamowych mediów, krytykując tylko to, co może krytykować. Artyści podążają za trendami wyznaczanymi przez kuratorów i międzynarodowe instytucje. Ten dyktat jest formułowany dość jasno i otwarcie. W ubiegłym roku w szacownym Muzeum Sztuki w Łodzi odbyła się międzynarodowa konferencja CIMAM, czyli – jak reklamowali organizatorzy – największe i najistotniejsze spotkanie profesjonalistów i profesjonalistek, reprezentujących instytucje muzealne sztuki współczesnej i nowoczesnej. Temat tej konferencji brzmiał: „Pod presją. Muzea w czasach ksenofobii i zagrożenia klimatycznego”. Kiedy wybitni krytycy i kuratorzy konferowali jak muzea powinny włączać się w walkę ze zmianami klimatycznym oraz jak radzić sobie z ksenofobią słabo rozwiniętych społeczeństw, np. społeczeństwa polskiego, wokół Ukrainy gromadziła się stutysięczna armia Putina, która wkrótce runęła na ukraińskie miasta stanowiąc całkiem realne zagrożenie także dla muzeów. Dziś w większości polskich muzeów rozmawia się jak wesprzeć muzea ukraińskie wysyłając kamizelki kuloodporne i sprzęt gaśniczy, jak pomóc w zabezpieczeniu zbiorów. Natomiast polskie społeczeństwo, u którego muzealni spece diagnozowali wzrost ksenfobii (czyli strachu przed obcymi), z otwartymi ramionami przyjmuje do swoich domów i mieszkań całkowicie obcych ludzi uciekających przez rakietami Putina.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że są to jakby dwa równoległe światy – świat, w którym żyją kuratorzy i dyrektorzy instytucji sztuki współczesnej oraz świat, w którym żyje społeczeństwo, trzeźwe i wrażliwe na bezpośrednie zagrożenia.

Plakat Korkucia może łączyć te dwa światy, dlatego powinien być obecny nie tylko na ulicy, podczas antywojennych demonstracji, na koszulkach i butelkach z piwem. Powinien także trafić do instytucji artystycznych, do gabinetów kuratorów. Przynajmniej do tych instytucji, które chcą oddziaływać na wspólnotę i wskazywać na grożące jej niebezpieczeństwa.