W momencie gdy oczy całego świata zwrócone są na straszne doświadczenia wojenne naszych ukraińskich sąsiadów, podczas organizowania kolejnej formy pomocy dla najbardziej potrzebujących, nasze niespokojne myśli mimowolnie kierują się w miejsce, w którym czujemy się bezpiecznie. Coraz częściej zadajemy sobie to nieznane wcześniej pytanie: a co jeśli to nasz dom (w absolutnie każdej z wielu definicji tego słowa) zostanie poddany szturmowi? Czy dopiero wtedy zdamy sobie sprawę, jak bardzo jest dla nas ważny?

To samo pytanie zadaje Kenneth Branagh w swoim najnowszym filmie. Dom staje się centrum pozornie prostej, choć w rzeczywistości bardzo wielowymiarowej opowieści. Ta wielowymiarowość zdaje się być zupełnie nieprzypadkowa, bo przecież sam Branagh nie daje się łatwo poddać prostym definicjom i podsumowaniom swojej artystycznej drogi. Nazywany następcą Orsona Wellesa czy Lawrence’a Oliviera, ze względu na dzieła szekspirowskie, które przeniósł na ekran filmowy i teatralne deski, jednocześnie dał się poznać jako twórca niestroniący od kina skierowanego do masowego odbiorcy. W jego filmowej biografii, obok „Hamleta” (1996) czy „Henryka V” („Henry V”, 1989), znaleźć możemy superbohaterskie blockbustery („Thor”, 2011) i aktorskie adaptacje disneyowskich baśni („Kopciuszek”, „Cinderella”, 2015). Branagh, poza reżyserią i tworzeniem scenariuszy, to również znakomity aktor, którego kilka lat temu oglądać mogliśmy choćby w „Dunkierce” („Dunkirk”, 2017) Christophera Nolana, a dla millenialsów już chyba na zawsze pozostanie narcystycznym Gilderoyem Lockartem z „Harry’ego Pottera i Komnaty Tajemnic” („Harry Potter and the Chamber of Secrets”, reż. Chris Columbus, 2002). Co ciekawe, „Belfast” (2021) trafia do polskich kin niemalże jednocześnie ze znacznie mniej udaną, choć nie pozbawioną zalet drugą już odsłoną przygód Herkulesa Poirota (rzecz jasna na podstawie powieści Agathy Christie), których ekranizacji (łącznie z wcieleniem się w rolę słynnego detektywa) podjął się Branagh („Śmierć na Nilu”, „Death on the Nile”, 2022).

Należałoby zacząć od tego, że „Belfast” nie jest najdroższym filmem Branagha. Nie można go też nazwać najbardziej spektakularnym lub widowiskowym. Za to z pewnością jest to dzieło najbardziej osobiste, a nawet intymne, oglądając które można odnieść wrażenie, że filmowa klisza stała się naczyniem, do którego reżyser przelał całą swoją duszę.

Fot. Materiały dystrybutora

Zasiadając w kinowym fotelu zdajemy się wkraczać do magicznej machiny, która zabiera nas w nostalgiczną podróż w czasie i przestrzeni, aż do roku 1969 w Belfaście, w Irlandii Północnej. Naszym przewodnikiem po tym świecie zostaje dziewięcioletni Buddy – filmowe alter ego reżysera, który razem ze swoją rodziną zamieszkuje jedno z miejskich osiedli. Buddy uwielbia wizyty w kinie i uliczne zabawy z innymi dzieciakami z sąsiedztwa. Popołudniami przesiaduje u dziadków, którzy pomagają mu w lekcjach i doradzają, jak zdobyć zainteresowanie pięknej koleżanki z klasy. Najfajniejsze są weekendy, bo wtedy z pracy przyjeżdża ojciec, a cała rodzina może spędzić czas na wspólnej zabawie.

Ale nagle beztroskie dzieciństwo Buddy’ego zostaje przerwane tragicznymi wydarzeniami wojny domowej o kwestię przynależności Irlandii Północnej do Wielkiej Brytanii. Na spokojne ulice Belfastu wjeżdżają czołgi, ludzie żyjący razem od pokoleń z dnia na dzień stają po przeciwnych stronach barykady, a przynależność religijna zaczyna mieć kluczowe znaczenie. Branagh w niezwykle umiejętny sposób oddaje tę dziecięcą perspektywę chłopca, który stara się zrozumieć, dlaczego spokój i bezpieczeństwo znanego mu świata zostają zachwiane. Wiele rzeczy okazuje się trudnych do pojęcia, ale na szczęście z pomocą przychodzą rodzice i dziadkowie (znakomicie obsadzeni Caitriona Balfe, Jamie Dornan, Judi Dench i Ciarán Hinds). A ich rola okazuje się nieoceniona. Udało się tu Branaghowi dokonać rzeczy zupełnie niezwykłej – pokazać siłę i znaczenie łączącej rodzinę miłości, nie popadając w sztuczność czy cukierkowość rodem z komedii romantycznej. Film wypełniają sceny, których treścią jest wzajemna troska, czułość i przywiązanie okazywane sobie nawzajem przez członków rodziny Buddy’ego. Kilkukrotnie kamera skupia się na twarzy chłopca, który obserwuje, jak dziadek porywa babcię do niezgrabnego tańca, a matka ze łzami w oczach żegna wyjeżdżającego do pracy ojca. Rodzinna miłość jest tu spoiwem, które pozwala przetrwać nawet najtrudniejsze chwile, a także wybaczyć błędy i niesłuszne decyzje, które czynią bohaterów jeszcze bardziej ludzkimi.

Fot. Materiały dystrybutora

Obok rodziny niezwykle ważną rolę odgrywa ta nieco większa wspólnota, jaką stanowi cała społeczność mieszkańców Belfastu. Ludzie, którzy dobrze się znają, ponieważ żyją obok siebie od pokoleń - wspólnie pracują i spędzają czas wolny. Choć nie są zupełnie jednorodną społecznością (dzielą się na protestantów i katolików), to żyją ze sobą w zgodzie, połączeni przywiązaniem do miejsca, które jest ich wspólnym domem. Jednak w pewnym momencie jedność tej wspólnoty zostaje złamana. Katolicy stają się ofiarami ataków protestanckich bojówek, których przywódcy groźbami i zastraszaniem starają się pozyskać poparcie wszystkich niekatolickich mieszkańców Belfastu. Skupienie się na perspektywie nie ofiar, lecz świadków tych prześladowań (do jakich należy rodzina Buddy’ego) nadaje dodatkowy sens opowiadanej przez reżysera historii.

„Belfast” jest więc filmem dotyczącym bardzo konkretnych wydarzeń, a jednocześnie opowieścią niezwykle uniwersalną, którą odczytać możemy na wielu różnorodnych poziomach. Oto świat znanych nam wartości, świat, który nazywamy domem, ulega szturmowi pewnych obcych sił. Sił, których celem obrócenie przeciwko sobie ludzi, zniszczenie wspólnoty, wyeliminowanie wartości, które stanowiły jej sedno. Gdzie szukać ratunku w momencie rozpadu znanego nam świata? Co okaże się tarczą, która uchroni nas przed atakiem? Odpowiedź Branagha jest prosta: naszym schronem zostanie kochająca się rodzina. Silnie ugruntowana tożsamość i zakorzenienie we wspólnocie. Poczucie, że wiemy kim jesteśmy i skąd przychodzimy.

Znaczenie ma tu również rola religii, choć potraktowanej nieco z dystansem - groteskowo mokry od potu pastor przy płomiennym kazaniu wydawać się może raczej parodią niż wzorem duchowego przewodnika, ale to właśnie od niego mały Buddy słyszy o wyborze pomiędzy dwiema drogami, z których jedna prowadzi do nieba, a druga do wiecznego potępienia. Świadomość odpowiedzialności i wagi podejmowanych decyzji, pozostaje z chłopcem na długo. Także ojciec dba o wskazanie chłopcu tej właściwej ścieżki powtarzając: „Bądź dobry. A jeśli nie możesz być dobry, bądź ostrożny”.

Cały film, jak na autobiograficzną opowieść o korzeniach twórcy filmowego przystało, nafaszerowany jest kinofilskimi cytatami i odniesieniami do dzieł, które ukształtowały przyszłego filmowca. Na pierwszy plan wysuwa się jednak przywołanie pamiętnej piosenki „Do Not Forsake Me, Oh My Darling” pochodzącej z jednego z najbardziej kultowych westernów epoki kina klasycznego „W samo południe” („High Noon”, reż. Fred Zinnemann, 1952). W filmie, w którym tak istotną rolę odgrywa wspólnota, Branagh odwołuje się więc to dzieła, które opowiada o owej wspólnoty rozpadzie – o tym, że w momencie zagrożenia zostajemy sami, ponieważ ci, na których pomoc liczyliśmy, dbają tylko o własne bezpieczeństwo. Decydując się więc na to nawiązanie, Branagh zdaje się mówić dwie rzeczy: pierwszą jest lekcja, którą otrzymuje Buddy – musisz postępować słusznie nawet za cenę pozostania samemu (co odzwierciedla postawę jego ojca, który mimo zastraszań nie przyłącza się do terroryzujących osiedle bandytów). Po drugie Branagh po raz kolejny podkreśla siłę i istotę łączącej ludzi wspólnoty, której waga objawia się szczególnie w momencie zagrożenia.

Fot. Materiały dystrybutora

„Belfast” nie byłby jednak opowieścią kompletną, gdyby jednym z nadrzędnych tematów nie uczyniona została opozycja pomiędzy tym, co znane i nieznane. W obliczu narastającego zagrożenia rodzice Buddy’ego coraz częściej zaczynają rozmawiać o konieczności wyprowadzki z Belfastu. Opuszczenie znanego, bezpiecznego świata, który nas ukształtował, nie jest jednak łatwe. Dla zakorzenionej w Belfaście rodziny wyjazd hen za ocean do Sidney czy Vancouver (a nawet do pozornie całkiem niedalekiego Londynu) równoznaczny jest niemalże z podróżą na Księżyc, o której pracę przygotowuje Buddy w szkole. Dlatego początkowo pomysł ten wywołuje strach i sprzeciw jego matki. Ale w rodzinnym Belfaście nie jest już bezpiecznie, a konsekwencjami częstych nieobecności pracującego poza domem ojca są powoli kiełkujące problemy z wychowaniem synów. Wizja wyjazdu zaczyna więc być coraz bardziej realna.

Dopytywany o źródła swych filozoficznych refleksji dziadek Buddy’ego stwierdza: „Nie zdobywasz życiowej mądrości na niedzielnym spacerze. Twoje serce musi eksplodować”. Zmiana to niezbędny element rozwoju, zdaje się mówić za bohaterem reżyser. W pewnym momencie przychodzi więc czas, by opuścić strefę komfortu i domowego bezpieczeństwa, znaleźć w sobie odwagę i zmierzyć się z nieznanym. W przeciwnym wypadku to, co nas otacza, przemieni się w blokującą nasz rozwój klatkę. Tylko eksplozja serca pozwoli nam rozwinąć skrzydła i polecieć przed siebie.

Życie w Belfaście stworzyło i ukształtowało zarówno małego Buddy’ego, jak i samego Branagha. Nie byłoby wielkiego twórcy filmowego bez tożsamości nadanej mu wiele lat temu w tym miejscu. Ale jednocześnie Kenneth Branagh, którego filmy oglądamy dzisiaj, nie istniałby, gdyby z Belfastu w pewnym momencie nie wyjechał. Oczywiście każda zmiana to wyzwanie, a strach przed nowym jest zupełnie naturalny. Ale, jeśli tak jak Buddy, wyruszamy w nieznane wsparci miłością najbliższych i uzbrojeni w tarczę silnie ugruntowanej tożsamości, zbudowanej na pewnym systemie wartości, to na pewno się nie zagubimy. Bo to, co oznacza dla nas dom, zostanie z nami podczas podróży w najdalszy zakątek świata. A może nawet na Księżyc.