Fot. Materiały dystrybutora

Pośród zimowej pandemicznej rzeczywistości, w czasach odmierzanych przez kolejne śnieżyce, wichury i kwarantanny do polskich kin trafia „C’mon C’mon” Mike’a Millsa. Kameralna, czarno-biała produkcja o nieśpiesznej narracji, złożonej prawie wyłącznie z długich rozmów na powtarzające się tematy. A jednak ten niepozorny film okazuje się iskrą zdolną do ogrzania niejednego zziębniętego serca.

Sporo już powiedziano i napisano na temat wnikliwości, z jaką reżyser przygląda się skomplikowaniu rodzinnych relacji, bezpretensjonalności, z którą mówi o tych najbardziej uniwersalnych prawdach i wartościach, czy uważności, z jaką pochyla się nad najmniejszymi detalami całej feerii dźwięków, faktur i barw składających się na otaczającą nas rzeczywistość. Wszystkie te niewątpliwie istotne aspekty nie uzyskałyby jednak tak intrygującej nieszablonowości i siły oddziaływania na zbolałą duszę siedzącego w mrokach kinowej sali widza, gdyby nie podporządkowanie ich jednemu naczelnemu tematowi, który określić można najprościej jako naukę życia.

Uważni widzowie z pewnością zauważą, że reżyser niejako kontynuuje tu tematykę, którą rozpoczął w jednym ze swych poprzednich filmów. Zrealizowani w 2010 roku „Debiutanci” („Beginners”) byli słodko-gorzką opowieścią o tym, że w miłości wszyscy jesteśmy amatorami.

Bez względu na wiek czy przebyte doświadczenia zakochanie od nowa czyni z nas bowiem nieporadnych nastolatków, którzy nie mogą zasnąć podekscytowani pierwszym pocałunkiem czy dotykiem. Nikt z nas nie okaże się profesjonalistą, gdy przyjdzie pora odsłonięcia swej duszy przed drugim człowiekiem. Pozostaje nam więc przyjąć i zaakceptować rolę gracza na poziomie początkującym i wszelkie wiążące się z tym konsekwencje.

Fot. Materiały dystrybutora

W swym najnowszym filmie Mike Mills rozwija i wzbogaca ten motyw o kolejne aspekty. „C’mon C’mon” przypomina więc, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy tylko adeptami kursu zwanego życiem. Uczniami, którzy gorliwie starają się zaliczyć kolejne przedmioty, ale niestety nikt nigdy nie wręczył nam odpowiednich podręczników. Starając się postąpić właściwie, szukamy więc odpowiedzi w przypadkowych książkach, filmach, Internecie czy rozmowach z rodziną i przyjaciółmi. Czy oni jednak będą mogli udzielić nam właściwej odpowiedzi? Przecież sami cały czas się uczą.

Podczas gdy sednem fabuły „Debiutantów” uczynione zostało romantyczne uczucie rozkwitające pomiędzy dwiema osobami, w „C’mon C’mon” na pierwszy plan wysuwa się relacja dorosłego z dzieckiem. Główny bohater usiłuje odnaleźć drogę do zrozumienia swego dziewięcioletniego siostrzeńca. Dzięki temu cały motyw uczestnictwa w niełatwej szkole życia zostaje wyposażony w pokaźny bagaż odpowiedzialności związanej z poczuciem ogromnego znaczenia roli, którą przychodzi nam odegrać opiekując się dzieckiem. Bohaterowie zdają sobie sprawę, że każdy gest, każda reakcja może przyczynić się do tego, w jaki sposób ukształtowany zostanie ten mały człowiek, za którego jesteśmy odpowiedzialni. Jakie przekażemy mu wartości, czy nauczymy go wyrażać swoje uczucia i emocje czy je ukrywać?

Podejście Millsa do relacji z dzieckiem określić chyba można humanistycznym czy wręcz korczakowskim. Film kilkukrotnie podkreśla podmiotowość tego małego człowieka, który tak samo jak dorosły ma prawo do wyznaczania granic i tak samo jak dorosły zasługuje na ich uszanowanie. Jednocześnie rolą rodzica jest przecież chwycenie tej wyciągniętej rączki i poprowadzenie jej posiadacza we właściwym kierunku. Jak znaleźć odpowiednie proporcje pomiędzy uszanowaniem dziecięcej podmiotowości a rodzicielską opieką?

Fot. Materiały dystrybutora

„C’mon C’mon” jest więc filmem o spotkaniu istot należących do dwóch odrębnych gatunków, które starają się odnaleźć wspólny język. Pierwszy z nich to gatunek obdarzony umiejętnością znacznie bardziej wnikliwego i szerszego patrzenia, niezniekształconego jeszcze filtrem doświadczonych rozczarowań czy rezygnacji, niezawężonego ograniczeniami społecznych zasad i oczekiwań. Jednocześnie jednak jest to gatunek istot niezwykle zagubionych, dla których zrozumienie i akceptacja są tlenem absolutnie niezbędnym do odpowiedniego funkcjonowania i rozwoju. Po drugiej stronie sytuuje się gatunek dorosłych, który ze swego bagażu różnorodnych doświadczeń stara się czerpać to, co właściwe – co warte uwiecznienia i przekazania tym, którzy przychodzą po nas. Możemy się od siebie nawzajem tak wiele nauczyć – zdaje się mówić reżyser. Wystarczy tylko odnaleźć drogę do międzygatunkowego porozumienia. W gruncie rzeczy mamy przecież tyle wspólnego.

Według Millsa, choć jako dorośli często nie potrafimy nadążyć za nieposkromioną wyobraźnią dziecka, to naszym zadaniem jest podejmowanie nieustannych prób jej zrozumienia. Dzieci są znacznie dojrzalsze niż myślimy, a różnego rodzaju gry, zabawy i psoty, które czasem wydają nam się dziwne i niezrozumiałe, mogą okazać się wołaniem o pomoc. Próbą zwrócenia uwagi, komunikatem wysyłanym do nas w tej zakodowanej dziecięcym szyfrem formie. To przed rodzicem czy opiekunem stoi więc zadanie owego kodu złamania i właściwego zareagowania na odebrany komunikat. Oczywiście nie jest to zadanie proste – reżyser jednoznacznie stwierdza, że pewnych tajemnic nie odgadniemy nigdy, a niektóre kody na zawsze pozostaną nierozszyfrowane.

Co więc robić, by drogę do tego porozumienia odnaleźć? Przede wszystkim rozmawiać, rozmawiać i rozmawiać raz jeszcze. Próbować wciąż od nowa, tak jak Johnny (w poruszającej kreacji Joaquina Phoenixa) testować różne sposoby zachowań, mechanizmy komunikacji, odmienne ścieżki tworzenia relacji. Jedna zadziała, inna niekoniecznie. Testujemy więc i działamy pamiętając o najważniejszym: że postawione przed nami dziecko, to nie przedmiot eksperymentu, lecz żywy, wolny człowiek zasługujący na zrozumienie i szacunek.

Fot. Materiały dystrybutora

I to właśnie te ostrożne, ale nieustępliwe próby porozumienia podejmowane przez bohaterów filmu stają się źródłem sączącego się subtelnie, ale stanowczo tajemniczego ciepła ogrzewającego dusze odbiorców. Ciepła przekazanego bez fajerwerków i patosu, ale z kojącym, oczyszczającym wręcz spokojem, a może nawet z czułością. Niespieszna, lekko epizodyczna i dygresyjna narracja sprawia, że oglądanie „C’mon C’mon” przypomina medytację. Niczym mantra powraca pytanie, które Johnny zadaje dzieciom i nastolatkom: „Jak wyobrażasz sobie przyszłość?”. Pojawia się wiele różnych odpowiedzi – bardziej i mniej optymistycznych. Skupionych na perspektywie całkowicie prywatnej, jak i odnoszących się do zamieszkiwanego przez bohaterów miasta, kraju czy wręcz całej planety. Ale żadna z odpowiedzi nie jest wypowiedziana z pewnością. Przyszłość nie jest wszak zdecydowaną, zamkniętą kwestią. Choćbyśmy pragnęli zaplanować każdy jej aspekt, nie wiemy przecież, co rzeczywiście się wydarzy. Może być to coś zupełnie innego niż nasze plany, marzenia, przewidywania i nadzieje. Cóż więc pozostaje nam do zrobienia wobec tak niepewnej perspektywy? Dzieciaki mówią: „c’mon, c’mon”, czyli po prostu rób swoje. Wciąż, uparcie, cierpliwie. Próbuj, popełniaj błędy, odnoś sukcesy, upadaj i się podnoś. Ucz się każdego dnia, staraj się postępować właściwie. Mów i słuchaj. I nie trać nadziei.

Może więc warto czasem dzieciaków posłuchać?