Zima. Samotny kabriolet przemierza okolone zmarzniętymi wrzosowiskami szkockie szosy, by w końcu zatrzymać się koło przydrożnego baru, w którym stołują się okoliczni mieszkańcy. W tym momencie jednak pogawędki nad kotletem milkną, a oczy zebranych kierują się jedną stronę. Z kabrioletu wychodzi bowiem Ona. Ostrożnie uchyla drzwi i z nieśmiałym uśmiechem pyta: „Bardzo przepraszam, zgubiłam się. Czy mogłabym zapytać, gdzie jestem?”

Fot. Materiały dystrybutora

Na najnowszą ekranizację losów księżnej Diany nie sposób patrzeć w oderwaniu od wszystkiego, co na jej temat wytworzyła kultura popularna. Diana Spencer to dziś kobieta-legenda. Mimowolna bohaterka świata mediów, sztuki i polityki. Nie sposób zliczyć poświęconych jej postaci artykułów, książek, filmów, seriali czy komiksów. Nawet pocztówki, kubki czy koszulki z jej zdjęciem, które kupić można w londyńskich sklepach z pamiątkami, przyczyniają się do kreowania narosłego wokół postaci Diany mitu. I to właśnie interpretacji mitu podjął się reżyser Pablo Larrain, decydując się pokazać nam swoją wizję tego, co działo się za zamkniętymi drzwiami pałaców brytyjskiej rodziny królewskiej.

Na ukazaną w filmie historię patrzymy więc przede wszystkim przez pryzmat istniejących już opowieści, które za pomocą języka sztuki ukształtowały w naszej świadomości pewien wizerunek tych wydarzeń i postaci. Pośród szeregu różnorodnych produkcji poświęconych członkom dynastii Windsorów nietrudno wyróżnić te, które podejmują wątki związane z Dianą Spencer – zarówno podczas jej jaskrawego życia, jak i po nagłej tragicznej śmierci. Są to produkcje dokumentalne, których autorzy starają się odkryć przed widzami historyczną prawdę na temat postaci księżnej (wśród nich The Story of Diana, reż. Rebecca Gitlitz, 2017), a także fabularne biopiki poświęcone jej legendzie (jak choćby Diana: Last Days of a Princess reż. Richard Dale, 2007; czy Diana, reż. Oliver Hirschbiegel, 2013). Znajdziemy w tym zestawie dzieła bardzo zróżnicowane także pod względem gatunkowym – twórcy opowiadają o księżnej Dianie poprzez filmowe romanse, seriale, animacje, musicale, a nawet dzieła nagradzane Oscarami, takie jak Królowa (The Queen, reż. Stephen Frears, 2006).

Fot. Materiały dystrybutora

Dla widzów wybierających się do kina, by zobaczyć Spencer, kluczowym punktem odniesienia wyda się zapewne jedna z najświeższych, a jednocześnie najgłośniejszych produkcji poświęcona tej tematyce. The Crown to stworzony przez Petera Morgana jeden z najdroższych seriali wyprodukowanych przez Netflixa. Powstał na bazie wystawionej na West Endzie sztuki Audiencja o kilkunastu wizytach brytyjskich premierów u królowej – swoistej kroniki brytyjskiego półwiecza. Serial to opowieść o samej Elżbiecie II, jej rodzinie, a także ludziach decydujących o losach Wielkiej Brytanii. Wielość postaci (zwykle mających historyczne odpowiedniki), inscenizacyjny rozmach, złożoność, kompletność i wiarygodność wykreowanego świata czy społeczno-polityczna waga wydarzeń dla ukształtowania się narodu i państwa, jakie znamy dzisiaj, nadają serialowi epicki rozmach.

Wymogi realizmu są nieubłagane, więc co jakiś czas cała obsada zastąpiona zostaje aktorami o kilkanaście lat starszymi. W sezonie czwartym (premiera w listopadzie ubiegłego roku) do grona bohaterów dołączyła również młodziutka Diana Spencer. Wielu widzów szczególnie wyczekiwało pojawia się w serialu właśnie tego wątku – i nie zawiodło się. Diana z The Crown pełni funkcję kolejnej antytezy enigmatycznej królowej. Serial zadziwia precyzją rozłożenia akcentów, ostrożnością, ale i stanowczością stawianych oskarżeń. Twórcy z rozwagą wskazują winnych i pokrzywdzonych zauważając, że często te same osoby należą do obu kategorii, a kreacja Emmy Corrin w roli Diany zostaje nagrodzona Złotym Globem. Obecnie trwają zdjęcia do kolejnego sezonu serialu, w którym pałeczkę przejmie Elizabeth Debicki, wcielając się w nieco starszą wersję księżnej (premiera w listopadzie 2022).

Fot. Materiały dystrybutora

Wpasowując się więc ze swym filmem niejako w środek tej serialowej opowieści Pablo Larrain zdaje się całkiem świadomie stawać w kontrze do przyjętej przez The Crown formuły. Zamiast prowadzonej przez kolejne dziesięciolecia opowieści, fabuła Spencer ogranicza się właściwie do trzech dni – Wigilii, Pierwszego i Drugiego Dnia Świąt Bożego Narodzenia obchodzonych w królewskiej posiadłości Sandrigham w hrabstwie Norfolk. Spencer nie jest już więc stendhalowskim zwierciadłem na gościńcu, ale raczej soczewką, która skupia naszą uwagę na wybranych fragmentach rzeczywistości. Klasyczna zasada jedności miejsca, czasu i akcji nadaje filmowi charakter niemalże teatralny, a jednocześnie pozbawia widza zbędnych rozpraszaczy. Paradoksalnie mimo wypełnienia filmowych kadrów przepychem królewskiego pałacu, skupieniem na detalach wystawnych dań, kolorach i fakturach eleganckich wnętrz czy olśniewających kreacji, Spencer jest dziełem minimalistycznym. Wszystkie te elementy pełnią bowiem rolę narzędzi – budulca niezbędnego do stworzenia portretu głównej bohaterki, w którą w niezwykle przekonujący sposób wciela się Kristen Stewart ostatecznie żegnając się z wizerunkiem gwiazdy wampirycznych romansów dla nastolatek. Reżyser niejako powtarza schemat z jednego ze swoich poprzednich filmów – Jackie (2016), będącego ekranizacją kilkunastu godzin z życia Jackie Kennedy bezpośrednio po zamachu i zabójstwie jej męża. Dlatego też podobnie jak miało to miejsce w Jackie, obiektyw kamery Diany niemalże nie odstępuje, a wszystko co widzimy dookoła służy pokazaniu, kim jest bohaterka i jak zachowa się w tej konkretnej sytuacji.

Spencer to film utkany z symboli, nic nie jest tu przypadkowe, a niemalże każde z podejmowanych przez bohaterów działań czy wypowiadanych słów kryje w sobie mniej lub bardziej dosłowną metaforę. Oto księżna Diana przyjeżdża do pałacu Sandrigham, by wspólnie z królewską rodziną spędzić Święta Bożego Narodzenia. Ale niekończący się ciąg powtarzanych co roku tradycji, uroczystych obrzędów i rytuałów już jej nie cieszy. Przyczyną jest nie tylko rozpadające się małżeństwo z księciem Karolem. Sztywny harmonogram świątecznych posiłków, dobór sukni na każdy element obchodów, tradycyjne wspólne zdjęcie rodzinne – wszystko zdaje się mieć tylko jeden cel: kontrolę. Kontrolę, wykluczającą możliwość jakiegokolwiek odstępstwa, ingerencji czy modyfikacji przyjętych zasad. Kontrolę wszechobecną i wszechogarniającą każdy nawet z najbardziej prywatnych czy wręcz intymnych aspektów – jak choćby z pozoru niewinna tradycja ważenia uczestników przed i po świątecznym ucztowaniu.

Świadomie zastosowane przez twórców lekko rozmyte kadry, wyblakłe kolory, a także senna hipnotyczna muzyka podkreślają nierealny charakter świata, który więzi bohaterkę. Diana miota się więc rozpaczliwie próbując coraz to nowych sposobów obudzenia się z wszechogarniającego ją koszmaru. Bo tym, czego pragnie, czego rozpaczliwie szuka w każdej napotkanej osobie oraz co za wszelką cenę stara się ocalić w swych synach, jest autentyczność. Świat rodziny królewskiej wydaje jej się jedynie grą – przystrojoną w bogate dekoracje, ale pustą w środku. Podczas świątecznych posiłków Diana jest kobietą otoczoną przez kamienne posągi. Miłe dla oka, ale przecież niezdolne do ludzkich uczuć.

Poszukując odpowiedzi na pytanie o sens tej posągowej egzystencji Diana trafia na rozwiązania dobrze znane widzom The Crown czy wielu innych produkcji poświęconych brytyjskiej rodzinie królewskiej. Gwarancją prestiżu Korony jest jej bezstronność. Sztafaż majestatu, na którym opiera swe istnienie monarchia, nadaje wrażenie obcowania z czymś pozaziemskim, obcym zwykłemu śmiertelnikowi. Enigmatyczność buduje dystans niezbędny do zachowania odpowiedniej relacji z suwerenem. Monarcha ma być niedostępny, nieodgadniony – a przez to nadludzki. A wszystko czynione jest przecież dla dobra kraju. Dla poddanych rezygnuje się więc z człowieczeństwa.

Pablo Larrain w swej diagnozie idzie jednak o krok dalej niż jego poprzednicy. Największa wartość The Crown tkwiła w finezji, z którą serial lawirował między gorzką diagnozą anachroniczności marionetkowej i odbierającej wolność instytucji, a fascynacją istotą arcystabilnego systemu, który dzięki trwaniu mimo wstrząsów – stał się gwarantem siły i jedności narodu. Narodu, który tej sfery sacrum do swego istnienia potrzebuje. W Spencer jest jednak inaczej. Nie mamy tu co prawda oceny skutków tego systemu i jego wpływu na naród brytyjski, mamy jednak krótką wymianę zdań z królową, podczas której stwierdza ona, że jedyny portret, który ma znaczenie, to ten na monecie, ponieważ „widząc go zdajesz sobie sprawę, że jesteś obiegową walutą". Niczym więcej. Nie istotą nadludzką, nie matką czy opiekunką narodu, już nawet nie posągiem, stworzonym po to, by cieszyć oczy poddanych. Jesteś jedynie użytkowym narzędziem. Poprzez to porównanie twórcy Spencer bezlitośnie obnażają więc monarchię z całej tej boskiej otoczki, odsłaniając kryjący się pod nią tak bardzo przyziemny i prozaiczny sens jej istnienia.

Fot. Materiały dystrybutora

Ale Diana nie potrafi żyć w ten sposób. Samotnie stając naprzeciw posłusznie odgrywającym swe role marionetkom, buntując się, walcząc o prawdę zamiast udawania, gorzko komentując absurdy, które wszyscy uznają za oczywiste i nienaruszalne, Diana zdaje się powtarzać kroki Hamleta. Co, podobnie jak u Szekspira, odebrane zostaje jako szaleństwo. Najlepiej rozumie się z tymi zwykłymi, szarymi ludźmi, żyjącymi gdzieś poza murami niedostępnych królewskich twierdz. To przez nich nazywana jest przecież „Królową ludzkich serc”. Ale oni nie należą do świata, w którym się znalazła.

Diana stwierdza, że w tym świecie zachwiany został tradycyjny bieg czasu. Tutaj nie istnieje przyszłość, a przeszłość i teraźniejszość stały się jednością. Wszystkie podejmowane przez nią działania już w pewnym sensie się wydarzyły – jeśli nie teraz, to może kilka wieków temu, choćby za czasów innej buntowniczki – Anny Boleyn (drugiej żony Henryka VIII, uwielbianej, a potem odrzuconej przez męża, skazanej i ściętej) która błądziła po tych samych komnatach, a której tajemnicze widmo zdaje się podążać za Dianą niczym mroczna groźba, a zarazem dziwna pokusa. I właśnie ten hamletowski dylemat stawia przed bohaterką reżyser: pierwsza możliwość to rezygnacja z człowieczeństwa na rzecz dołączenia do grona posągów zdobiących królewskie salony, druga to pogrążenie się w roli męczennicy, której niezgoda na otaczającą rzeczywistość niechybnie prowadzi do samounicestwienia.

Diana nie wybiera jednak żadnego z tych rozwiązań. Doprowadzona do ostatecznej krawędzi – nie upada, ani się nie cofa. Zamiast tego zaczyna biec. Biec przed siebie z energią i siłą, jakiej nigdy dotąd w sobie nie czuła. Biegnie, jakby chciała wyrwać się z otaczającej ją sztuczności i marazmu, biegnie by odzyskać podmiotowość i odnaleźć siebie. Biegnie, by chronić to, co szczere i prawdziwe, by zachować role, których spełnianie przynosi jej szczęście – rolę kochającej matki oraz kobiety, która wie, co jest dla niej ważne i będzie o to walczyć. Chciałoby się zapytać: dokąd biegniesz, Diano? Pytanie wydaje się jednak bezcelowe. Nie jest przecież symbolem. Nie jest posągiem. Nie jest męczennicą. Nie odpowie.