Wrzeszcz, paździerz, bullshit i arystokracja ducha

czy to będzie typowa „sztuka" współczesna, czyli bullshit i paździerz zrozumiały tylko dla ekipy wzajemnej adoracji, co to się czuje arystokracją ducha, udając, że widzi coś w niczym?

Anonimowy internauta, forum dyskusjne portalu kultura.trojmiasto.pl, na dzień przed otwarciem festiwalu „Narracje 2014"

 

Sprawa sukcesu gdańskiego festiwalu „Narracje 2014" jest niejasna. Kiedy przyjechałem do Gdańska, z miejsca znalazłem się tłumie. Był zimny i ciemny niedzielny wieczór, a jednak tysiące (dosłownie tysiące) ludzi ruszyło się z domów, żeby prześledzić narrację Anny i Adama Witkowskich, którzy kuratorowali imprezę. Mijały godziny, a ludzie wciąż byli na ulicach; tropili instalacje, oglądali wyświetlane na murach kamienic projekcje. Dochodziła północ, a lokacje narracji wciąż były pełne widzów. Wyglądali na zadowolonych.

Kilka tygodni przed otwarciem festiwalu spotkałem przypadkowo Witkowskich w Warszawie. Przepowiadali wtedy, że nieźle im się za „Narracje" oberwie. W Gdańsku uznałem, że Ania i Adam po prostu się krygowali. Frekwencja była kapitalna, pogoda wprawdzie marna (listopad), ale atmosfera świetna i last, but not least, samą narrację „Narracji" znalazłem jako zajmującą, inteligentnie pomyślną i elokwentnie opowiedzianą. Nie dziwiłem się gdańszczanom, że pofatygowali się wziąć w tym udział. Było warto.

Jednym słowem: sukces. Tylko pozazdrościć.

A może jednak nie ma czego? Festiwal się skończył, wróciłem do Warszawy. Minęło kilka dni i dowiedziałem się, że Witkowscy mieli rację, kiedy przepowiadali, że nie ujdzie im ten projekt na sucho. Sukces, który zadawało mi się, widziałem, okazał się złudzeniem. W rzeczywistości „Narracje" zrobiły klapę. „Gazeta Wyborcza" zmiażdżyła projekt Witkowskich, uznając go za totalną porażkę. Uczestników rzeczywiście było mnóstwo, ale tym gorzej dla Witkowskich. Za sprawą wysokiej frekwencji więcej gdańszczan cierpiało rozczarowanie i było świadkiem klęski kuratorów, którzy przygotowali najsłabszą z dotychczasowych edycji „Narracji".

Zła recenzja w „Wyborczej". Przykra sprawa, ale można z tym żyć. Tyle że pogromczyni Witkowskich twierdziła w artykule, że nie jest sama. Powołując się na vox populi (kto go wyartykułował? Kiedy?), twierdziła, że rozczarowanie „Narracjami" było powszechne. Olszewska wystąpiła niejako w roli rzeczniczki zawiedzionych. Na wszelki wypadek rzuciłem okiem na komentarze z forum kultura.trojmiasto.pl. I rzeczywiście dominowały głosy niezadowolenia, na przykład taki: „Uważam, że z tego całego pseudoartyzmu powinna ich (Witkowskich - S.S.) rozliczyć jakaś porządna kontrola skarbowa, bo przecież nikt tego nie robił za darmo, a mam wrażenie, że mogło tu dojść do defraudacji środków publicznych". No właśnie, nie dość, że narracje słabe, to jeszcze zrobione - znowu! - „za nasze pieniądze".

Maciej Chodziński, Krzysztof Topolski, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"
Maciej Chodziński, Krzysztof Topolski, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"

A więc jednak klęska? Bez paniki. „Nasze"pieniądze są tak samo moje jak wasze; w końcu też płacę podatki, a mnie się podobało. Recenzentka „Wyborczej" najprawdopodobniej z tym głosem zawiedzionego ludu trochę przyblefowała; też tam byłem i jakoś go nie słyszałem. A na forach, jak to na forach, niemiłościwie królują trolle i próżno czekać na dobre słowo.

Na grząskiej glebie sprzecznych wrażeń może wykiełkować paranoiczne odczucie, że „Narracje 2014" były tak udane, że aż nieudane, skupmy się więc na razie na tym, co konkretnie zdarzyło się w Gdańsku.

W manifeście organizatorów można wyczytać taką oto frazę: „NARRACJE to odbywający się od 2009 roku festiwal artystycznych instalacji wizualnych, które po zmroku ożywają w przestrzeni publicznej Gdańska. NARRACJE powstały po to, by eksplorować miejskie wątki i konteksty oraz tworzyć nowe gdańskie opowieści".

Impreza trwa przez weekend. Za każdym razem tematyzuje inny zakątek Gdańska. W tym roku działa się w Wrzeszczu. A więc nie ikoniczna Stocznia, nie turystyczna Starówka, ani intensywnie gentryfikowane Dolne Miasto, lecz położony wprawdzie blisko centrum, ale jednak osoby lokalny mikrokosmos. Günter Grass na kartach „Psich lat" ujmował naturę dzielnicy następująco: „Wrzeszcz był tak duży i tak mały, że wszystko, co na tym świecie wydarza się lub mogłoby się wydarzyć, wydarzyło się też lub mogło byłoby się wydarzyć we Wrzeszczu". W odróżnieniu od wielu innych zakątków Gdańska Wrzeszcz nie został w czasie wojny zrównany z ziemią. Sprawy zatem nawarstwiają się tu od dawna dość organicznie, tworząc skomplikowaną czasoprzestrzenną tkankę. Bieg niektórych ulic wytoczono jeszcze w średniowieczu. Z przełomu XIX i XX wieku, kiedy dzielnica zaczęła bujnie się rozwijać, pochodzą zarówno pyszne wille trójmiejskich milionerów, jak i czynszówki oraz robotnicze falanstery. W czasach stalinowskich ten mieszczański pejzaż wzbogacono o kilka alei nadających się na defilady czołgów oraz wiele neoklasycystycznych gmachów. Mała stabilizacja wniosła kilka socmodernistycznych eksperymentów. Dziś na Wrzeszcz napierają developerzy owładnięci obsesją budowania centrów handlowych - im większych, tym lepszych. W tle rozgrywa się spektakl natury; w niewielkim w gruncie rzeczy Wrzeszczu jest miejsce na góry, doliny, podziemne rzeki, a nawet las.

Julita Wójcik, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"
Julita Wójcik, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"

Julita Wójcik, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"
Julita Wójcik, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"

Dla osób, które lubią dokonywać sekcji miejskich tkanek i bawić się kontekstami taki Wrzeszcz to niezły plac zabaw, prawda?

Witkowscy opowiedzieli Wrzeszcz w formie obliczonego mniej więcej na cztery godziny spaceru, a właściwie procesji; w roli bożociałowych ołtarzy występowały prace artystów (najczęściej rzucane na ściany budynków projekcje, kiedy indziej instalacje ukryte w różnych „znalezionych" i „pożyczonych" obiektach). Kiedy wracałem z „Narracji", odkryłem z niejakim zaskoczeniem, że jestem raptem kwadrans szybkiego marszu od miejsca, w którym zaczęliśmy wycieczkę. „Narracje" rozgrywały się na niewielkim terytorium, ale Witkowscy wytyczyli przez nie meandryczny szlak, wiodący między wyznaczonymi przez realizacje artystów przestankami. Te zaś zostały rozmieszczone tak, by tworzyć dość wyczerpującą typologię wrzeszczańskich fenomenów - od przeszłości do teraźniejszości, od kultury do natury, od rozumu do ducha.

To już szóste „Narracje", ale miejscowi imprezę prowadzą po raz pierwszy. Rok temu kurator pochodził z Nowej Zelandii, dwa lata temu projektem kierował Kanadyjczyk; pierwsze, pionierskie edycje „Narracji" urządzała niemiecka kuratorka Bettina Peltz. Tymczasem Witkowscy są nie tylko z Gdańska, ale i z Wrzeszcza właśnie.

Aleksandra Waliszewska, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"
Aleksandra Waliszewska, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"

To duża zmiana; zamiast spojrzenia na miasto z globalnego dystansu jest spojrzenie od wewnątrz, zamiast kuratorów-nomadów jest para lokalnych artystów, którzy Wrzeszcz znają... jak własną dzielnię. „Narracje", do tej pory mocno kosmopolityczne, w rękach Witkowskich zmieniły się w imprezę monograficznie polską; kuratorzy zaprosili przede wszystkim artystów, których osobiście znają i lubią, w większości ludzi z pokolenia trzydziestolatków, czyli ze swojej własnej generacji; wielu uczestników związanych było z Gdańskiem.

„Narracje" Witkowskich przypominały trochę inną opowieść - tę, którą Maurizio Cattelan, Massimiliano Gioni i Ali Subotnick snuli na 4. Biennale w Berlinie w 2006 roku. I nie chodzi mi o to, żeby ponabijać się z kuratorskich wysiłków Witkowskich, mówiąc, że w Gdańsku było „prawie jak w Berlinie". Zresztą wystawa Cattelana i spółki zapamiętana została jako klasa sama dla siebie i wzór niedościgły nie tylko dla Gdańska. Każde kolejne Biennale w Berlinie przymierzane jest do tamtego - i za każdym wspomnienie przerasta teraźniejszość; „jest prawie jak w 2006 roku" powiada berlińska publiczność.

Legendarne już Biennale Cattelana miało swoją bardzo konkretną miejską topografię, nanizaną na oś ulicy Auguststrasse. Zaczynało się w kościele, a kończyło na cmentarzu. Klamra w sam raz, aby spiąć nią opowieść o egzystencjalnym doświadczeniu od chrztu do śmierci.

U Witkowskich, którzy swój festiwal zatytułowali „Mędrzec i duch", na początku narracji była synagoga, a na końcu politechnika. Świątynia ducha i świątynia rozumu. Między nimi znalazła się kolekcja widm, (para)naukowych eksperymentów, niepokojących dźwięków i mikronarracji wpisanych w dużą „Narrację". Kuratorzy zrealizowali swój festiwal w neoromantycznej konwencji opowieści niesamowitej; niewyartykułowanym, ale czytelnym założeniem projektu była teza, że nie da się zrozumieć materii miejskiej bez wywołania zaklętego w niej ducha. Poszukiwano więc duchów, gdzie się tylko da. Na strychu synagogi bielała niczym zjawa edwardiańska suknia ślubna z początku wieku, cała wyszywana w swastyki - jak wiadomo symbol szczęścia i słonecznej energii. W sali modlitewnej żydowskiej świątyni rozbrzmiewały słowa Adolfa Hitlera, Andersa Breivika, Teda Kaczyńskiego i Juliusza Słowackiego dobiegające z filmu „Lux Aeterna" Huberta Czerepoka - rozgrywającej się na tle heroicznych nordyckich pejzaży opowieści o rozumie, który poszukując ducha, popada w zbrodnicze szaleństwo. Na ściany kamienic wyświetlano mroczne obrazy Aleksandry Waliszewskiej i filmy Agnieszki Polskiej, tak jakby można było tymi projekcjami prześwietlić mury wrzeszczańskich domów i ujawnić kryjące się wewnątrz perwersje i marzenia.

Agnieszka Baaske, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"
Agnieszka Baaske, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"

Witkowskich szczególnie interesowały momenty, w których bieguny rozumu i ducha spotykają się. Projekty, w których nauka przenika się z myśleniem magicznym i w swoim dążeniu do okiełznania materii niechcący (?) dotyka czegoś niematerialnego i nieuchwytnego. Naprzeciwko gmachu telewizji gdańskiej, który sam w sobie jest przyprawiającym o dreszczyk grozy budynkiem-widmem, duet Natalia Osuch i Dominik Rudasz wywoływał duchy z białego szumu telewizyjnego sygnału. Jacek Niegoda w gmachu katedry Mechatroniki i Inżynierii Wysokich Napięć politechniki Gdańskiej udostępniał publiczności Hełmy Boga - aparaty do wywołania odmiennych stanów świadomości i doznań religijnych za pomocą indukcji fal elektromagnetycznych. Gerard Lebik i Dorota Walentynowicz eksperymentowali z audiowizualnymi perpetuum mobile, zamkniętymi układami, które zmieniają dźwięki w obraz i vice versa, tworząc demiurgiczne machiny rodzące audiowizualne fakty właściwe ex nihilo.

Z neoromantycznego nastroju i paranaukowych spekulacji wyłamała się Julita Wójcik, ale też nie do końca. Artystka, która mieszka i pracuje we Wrzeszczu, wytyczyła szpalerem płonących zniczy ścieżkę. Dróżka łączyła kiedyś dzielnicę z górującym nad nią Jaśkowym Lasem. Ten stary szlak został zagrodzony przez Telewizję Polską, która jest użytkownikiem terenu. Praca Wójcik to klasyczna obywatelsko-sąsiedzka interwencja, w której artystka występuje jako rzecznik interesów lokalnej społeczności. To, co znajduje się na końcu ścieżki, nie jest już jednak aż tak oczywiste. Jaśkowy Las był kiedyś parkiem, zresztą jednym z pierwszym publicznych ogrodów w tej części Europy. Z czasem jednak zdziczał i dziś jest raczej knieją niż dziełem architektury krajobrazu. Pleniąca się na obrzeżach dzielnicy natura została przedstawiona na „Narracjach" jako figura podświadomości Wrzeszcza - zupełnie jak w pracy duetu Kijek & Adamski, którzy w wyświetlanej na ścianę jednej z kamienic projekcji pokazywali, jak siatkę ulic zarastają wrzosy. Od nich właśnie pochodzi nazwa dzielnicy; Wrzeszcz był kiedyś wrzosowiskiem, a w czasach pogańskich miejscem magicznym.

Paweł Kulczyński, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"
Paweł Kulczyński, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"

Wędrując od pracy do pracy, zwróciłem w pewnym momencie uwagę na wypasioną, czarną, gangsterską beemwicę. W aucie nie było nikogo, a jednak wprawiała je w drżenie seria dobiegających z wnętrza dziwnych, niskich tonów. Kiedy kilka przecznic dalej znów nadziałem się na wibrujące czarne bmw, nabrałem pewnych podejrzeń. Za trzecim razem, w jeszcze innym miejscu, miałem już pewność, że to spisek. I rzeczywiście, okazało się, że za drżącymi czarnymi samochodami stał Konrad Smoleński, który spreparował rodzaj sztucznego déja vu, nieprzypadkowego zbiegu okoliczności. Niskotonowe brzmienie tego déja vu było przy tym dla „Narracji" charakterystyczne. Jeżeli wizualność festiwalu miała widmowy charakter, to jego brzmienie pełne było basowych tonów, niskich częstotliwości, istniejących na granicy słyszalności, ale mocno oddziałujących na świadomość. Witkowscy są w końcu nie tylko artystami wizualnymi, lecz również muzykami i w rzeczy samej w ich „Narracjach" dźwięk był tak samo ważnym językiem opowiadania jak obraz.

Ostatni akt spektaklu rozgrywał się w gmachach politechniki, wzniesionych na początku XX wieku spektakularnych fantazjach architektonicznych na temat historycznej zabudowy Gdańska. Artyści na chwilę przejęli rolę akademików, wyświetlając swoje filmy w salach wykładowych i aulach uczelni. Paweł Kulczyński zamienił salę muzealną Wydziału Elektrotechniki i Automatyki w w jeden wielki instrument muzyczny. Specjalnie skonstruowany przez artystę głośnik, emitujący dźwięk o skrajnie niskiej częstotliwości, wywoływał rezonans we wszystkich zgromadzonych w sali obiektach - zabytkowych elektrotechnicznych maszynach, starych automatach, urządzeniach pomiarowych wyglądających jak ze scenografii do steampunkowego filmu. Wprawione w drżenie przedmioty zaczynały „grać", łącząc się w chór technologicznych instrumentów, które nagle zostały obdarzone własnym głosem. Ta praca była w jakimś sensie emblematyczna dla tegorocznych „Narracji". Stanowiła ich kwintesencję; w projekcie Witkowskich prace artystów, czasem na wpół widzialne lub ledwo słyszalne, miały działać jak katalizatory, które uruchomią pewien proces - sprawią, by sam Wrzeszcz ujawnił się, stał się lepiej widzialny i przemówił, rozwijając swoją opowieść.

Igor Krenz, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"
Igor Krenz, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"

Grande finale wrzeszczańskiego spaceru był występ Chóru Kameralnego 441 Hz, który wraz z autorem wykonywał w Gmachu Głównym Politechniki tekstowo-muzyczne oratorium Tomasza Gwincińskiego, stworzone specjalnie dla „Narracji". Mocny koniec skupiał widzów festiwalu, do tej pory rozproszonych po zaułkach Wrzeszcza.

„Narracje" to zdarzenie w bardzo konkretnej czasoprzestrzeni. Trwały raptem czternaście godzin (od 17.00 do północy w sobotę i niedzielę). Od piątej spod synagogi co dwadzieścia minut ruszały w miasto kolejne grupy z przewodnikiem. Ja załapałem się na pierwszą turę, prowadzoną przez samych Witkowskich. Zanim jeszcze wyruszyliśmy, zorientowałem się, że cała sprawa zatacza o wiele szersze kręgi, niż grono publiczności galeryjnej. W moim pochodzie maszerowało kilkaset osób. Był tam gdański i przyjezdny artworld, była hipsterka, ale było także dużo „cywilnej" publiczności, która raczej nie poszłaby na wystawę „Narracje - mędrzec i duch" w galerii, ale, jak podejrzewam, chętnie uczestniczy w nocach muzeów i przychodzi zobaczyć festiwal sztuki na ulicy. Po drodze pochód puchł, zasilany przypadkowymi przechodniami; przyłączyła się też grupka dresiarzy. Tych ostatnich z ciekawości trochę podsłuchiwałem. W mieszczańsko-studenckim towarzystwie czuli się jednak trochę wyobcowani, a więc i spięci. Z prac starali się nabijać. Po trzecim czy czwartym przystanku oznajmili głośno - tak, żeby wszyscy słyszeli - że to wszystko lipa i że spierdalają. Ale nie spierdolili; wędrowali do następnej projekcji, za każdym razem zapowiadając, że to już ostatnia. Straciłem ich z oczu, ale ze zdumieniem spotkałem znowu na końcu szlaku w Politechnice. Obejrzeli wszystko; jedyną rzeczą, z którą naprawdę nie mogli się pogodzić, był film Igora Krenza, króciutki, ale wyświetlony na wielkim ekranie w onieśmielającej naukową powagą politechnicznej auli wykładowej. W filmie Krenz usiłuje nadmuchać pompką główkę kapusty. Warzywo rozpada się. I koniec filmu. Chuligani z Wrzeszcza byli wstrząśnięci, tyle że nie mogli zdecydować, czy bardziej porusza ich lapidarność utworu, czy też fakt, że został uhonorowany monumentalną projekcją w gmachu przypominającym zamek niemieckiego czarnoksiężnika.

Jacek Niegoda, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"
Jacek Niegoda, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"

Niedzielnej nocy w Gdańsku wydawało mi się, że na pytanie, czy „Narracje" są udane, odpowiadają tłumy ludzi, które przyjechały do Wrzeszcza. Miałem też wrażenie, że Witkowscy byli gotowi tej publiczności interesująco Wrzeszcz opowiedzieć. Paradoksalnie, ta para artystów użyła bardzo klasycznego w gruncie rzeczy warsztatu kuratorskiego, używając w większości gotowych prac i rekontekstualizując je w obrębie swojej narracji. Prześwietlanie Wrzeszcza za pomocą obrazów Aleksandry Waliszewskiej czy nakręconego we Francji filmu Wojtka Doroszuka nie jest przecież takie oczywiste, a zadziałało skutecznie - było sprawnie założonym na świadomość odbiorców kuratorskim chwytem. Jednocześnie Witkowscy zaadaptowali pożyczoną ze świata wystaw strategię do warunków miejskich. Nie bez podziwu kontemplowałem doskonałe poczucie czasu i przestrzeni pary kuratorów. W odróżnieniu od wystaw zasadniczo trwających w bezczasie, spacer, który zaplanowali Witkowscy, miał precyzyjnie zaprojektowany czas trwania, dramaturgię, nastrój, mocno zaznaczony początek i efektowny koniec. Jednocześnie został użyty do wystawienia samego Wrzeszcza. W główny wątek spekulacji na temat żywiołów „Mędrca i ducha" kuratorzy wpletli wiele opowieści dygresyjnych. Jakby mimochodem pokazali rolę, jaką w dzielnicy odgrywała kiedyś masoneria (nieprzypadkowo wiele z festiwalowych lokacji okazywało się obiektami związanymi kiedyś z lożami). Równolegle z pokazywaniem prac, mapowali proces współczesnych przemian dzielnicy; niektóre realizacje umieszczone zostały w budynkach przeznaczonych do wyburzenia; sam fakt ich ekspozycji w tych miejscach demaskował plany developerów i władz miejskich.

Konrad Smoleński, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"
Konrad Smoleński, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"

Festiwaloza to wdzięczny obiekt krytyki. Niektórzy twierdzą, że to wręcz zaraza, gorączka, która trawi polską kulturę. Zamiast kultury krytycznej jest kultura eventu, fajerwerku i krótkotrwały efekt nocy muzeów, kiedy publiczność tłumnie uczestniczy, ale jest jej wszystko jedno w czym; uczestnictwo staje się celem samym w sobie. To wszystko prawda, ale na przykładzie „Narracji" widać, że nie należy wylewać dziecka z kąpielą. Niewylewanie podpowiada z jednej strony frekwencja - ludzie po prostu chcą uczestniczyć w eventach i jestem pewien, że na wystawę „Mędrzec i duch" przyszedłby może co dziesiąty widz festiwalu „Mędrzec i duch". Z drugiej strony argumentem, żeby nie wylewać, jest projekt Witkowskich, którzy pokazali, że w formule festiwalowej da się zrobić coś zarówno mądrego, jak i niepozbawionego duszy. I w gruncie rzeczy wychodzi na to, że Witkowscy zostali skrytykowani właśnie za to, że potraktowali swoją publiczność poważnie. Główny zarzut polegał bowiem na tym, że tegoroczne „Narracje" były z jednej strony za mało efektowne, a z drugiej za bardzo artystowskie i przeintelektualizowane. Rzeczywiście, w porównaniu do poprzednich, zwłaszcza pierwszych edycji, projekt Witkowskich miał kameralny i skromny charakter. Internauci zalecali kuratorom przyjrzenie się toruńskiej imprezie Bella Skyway Festival; tyle że jest to impreza typu światło&dźwięk, pełna laserów, spektakularnych mappingów i efektów specjalnych; biorą w niej udział raczej firmy eventowe niż artyści. Przetłumaczmy jednak zarzuty wobec „Narracji 2014" na język pozytywnego postulatu. Będziemy się wówczas domagać festiwalu „efektownego i jednocześnie pozbawionego artystycznej wartości oraz intelektualnie ładunku". Czy naprawdę chcielibyśmy spełnienia takiej prośby?

Tomasz Gwinciński, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"
Tomasz Gwinciński, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"

Finansowane z publicznych środków festiwale są dla publiczności - „Narracje" nie stanowią tu wyjątku. Powiedzieć, że projekt Witkowskich był trochę za dobry dla widzów, którzy w dwa zimne wieczory tłumnie zeszli się do Wrzeszcza, byłoby szczytem arogancji. Świecenie tym samym ludziom laserami po oczach i wmawianie im jednocześnie, że uczestniczą w kulturze, byłoby z kolei nieuczciwością. Witkowscy zachowali się po prostu uczciwie i wydaje mi się, że nie była to nawet kwestia wyboru, lecz poczucia przyzwoitości i odpowiedzialności. Poszerzanie publiczności sztuki to ważna misja, ale tylko dopóty, dopóki wierzymy, że właśnie w sztuce ludzie mogą znaleźć narracje, których brakuje w innych dziedzinach życia społecznego i rozrywki. Z dwojga złego lepiej zirytować niektórych widzów artystowską pozą, niż robić im wodę z mózgu. Inaczej naprawdę społeczeństwo będzie miało prawo rozliczyć producentów kultury za to, że opowiadają dyrdymały - w dodatku „za nasze pieniądze!"

 

„Narracje 6. Mędrzec i duch", Wrzeszcz Górny, Gdańsk, 15-16.11.2014

Wojciech Doroszuk, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"
Wojciech Doroszuk, fot. Archiwum festiwalu "Narracje"