Chłopiec rośnie na rycerza? Rozmowa z dr Ewą Toniak

Mikołaj Iwański: W listopadzie w krakowskim Muzeum Narodowym miało się odbyć otwarcie przygotowywanej przez ciebie wystawy „Chłopiec rośnie na rycerza. Reprezentacje męskości w kulturze polskiej od schyłku XVIII w. do dziś”. Już wiemy, że została odwołana. Od jak dawna nad nią pracowałaś?

Ewa Toniak: W październiku 2011 spotkałam się w Krakowie z Markiem Świcą, wicedyrektorem krakowskiego Muzeum Narodowego, któremu przedstawiłam konspekt wystawy. Bardzo się do niej zapalił. Wystawa tematyczna to dla każdego muzeum atrakcja. Takich wystaw w Polsce robi się niewiele. Po pierwszym spotkaniu miałam wrażenie, że mam otwartą drogę.

Zbigniew Libera, The Gay, Innocent and Heartless
Zbigniew Libera, The Gay, Innocent and Heartless

Skąd temat i tytuł?

Tematem zajmowałam się od dawna, o śmierci heroicznej, a więc i o męskości napisałam doktorat u profesor Marii Janion. Byłam ciekawa, w jaki sposób współcześni artyści mierzą się z romantycznymi paradygmatami, czy też je uśmiercają. Tytuł „Chłopiec rośnie na rycerza” nawiązywał do sentencji, którą mały Grottger, wątłe i chorowite dziecko, poddawane przez ojca edukacyjnym zabiegom ponad jego wiek i siły, słyszał codziennie. Podobnie jak od wieków wszyscy chłopcy i mężczyźni wychowani w polskiej kulturze męskowojennej. Paweł Leszkowicz zrobił w warszawskim Muzeum Narodowym wystawę o męskim Erosie – ja chciałam zagospodarować resztę [śmiech].

A dlaczego Kraków?

Z ciekawości. Niedawno przeczytałam wywiad z Borysem Lankoszem, reżyserem kultowego „Rewersu”, który zapytany o Powstanie Warszawskie, powiedział z prostoduszną szczerością, że młodym ludziom idącym na barykady nie wierzy. Że nie mogli pójść z własnego przekonania. Dla mnie jest to kwestia absolutnie oczywista! Że się walczy. Więc pomyślałam: a mam cię, Krakusie! Miałam dobry pomysł, wioząc moją wystawę do Krakowa. W zbiorach MNK zobaczę coś innego. Ja – „turystka” – z miasta-cmentarza, miasta-leju po bombie, w zbiorach Muzeum chciałam znaleźć alternatywne narracje męskości w polskiej kulturze. Zobaczyć inne wyobrażenia niż te fundowane na micie heroiczno-wojennym, w którym wyrosłam.

Punktem odniesienia dla „pracy wystawy” miała być powstała w 1991 r. galeria MNK Broń i Barwa w Polsce, znajdująca się na parterze Gmachu Głównego. Największa w Polsce, po Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, galeria militariów. Niewątpliwy muzealny skandal u progu transformacji. Byłam ciekawa, w jakim stopniu militaria zostają dyskursywnie „wchłonięte” i przepracowane przez krakowskie Muzeum. Może nie wiesz, ale tam jest taka zainscenizowana część galerii pt. „I ty możesz zostać legionistą” – z hełmem, zasiekami i zachętą do robienia sobie w takim otoczeniu pamiątkowych zdjęć. A na górze wiszą „Rozstrzelania” Wróblewskiego. Niezłe, co?

Tomasz Kozak, Polacy! Jeszcze jeden wysiłek!, mural, 2004, CSW Warszawa
Tomasz Kozak, Polacy! Jeszcze jeden wysiłek!, mural, 2004, CSW Warszawa

Kiedy zaczęłaś pracować nad wystawą?

Mieliśmy zacząć w lutym 2012 r., ale ciągle nie miałam umowy. Tu muszę powiedzieć, że wystawa muzealna obejmująca 200 lat historii sztuki polskiej to nie jest zwykła zbiorówka. Jeśli chce się pokazać Malczewskiego, Michałowskiego, Weissa nawet tylko z krakowskiej kolekcji, potrzebna jest cała machina biurokratyczna, zgody konserwatorów itd. To są czasochłonne procedury. To trwa. Mijał luty, nie miałam umowy, zaczęliśmy nieśmiałe przymierzanie się do wystawy, ale już słyszałam, że „czasu mamy mało”. Tak wymienialiśmy się mailami do wakacji i w lipcu dostałam wreszcie projekt umowy. Oddałam ją mojemu prawnikowi. Jak wszyscy wiemy, bez podpisanej umowy pracy nie zaczynamy.

Na kiedy planowano otwarcie?

Na 8 listopada 2013.

To rzeczywiście mało czasu. Kiedy podpisałaś umowę?

Zaraz, zaraz. Ciągle mamy wakacje, czas rzeczywiście ucieka. Dyrekcja naciska, żebym już jednak zaangażowała pracowników MNK, którzy dostali konspekt scenariusza. W lipcu więc przygotowałam spis wątków, tematów i motywów ikonograficznych, które będą mnie interesowały. W sierpniu miałam dostać tzw. pierwszy stół, w muzealniczych procedurach absolutny standard. Ci, którzy znają zbiory od podszewki, przygotowują pierwszy wybór prac. To jest pierwsze rozpoznanie tematu. Oczywiście zbiory w jakiejś – znikomej – części znałam z katalogów wystaw. Poza tym MNK ma zdigitalizowany katalog w necie, zresztą doskonały, składający się z kilku tysięcy obiektów. Ma też bazę wewnętrzną. Tak więc sprawdzić hasło „powstańcy” czy „robotnicy” nie było trudno. Tymczasem „pierwszy stół” w sierpniu był pusty, pracownicy tłumaczyli się, że moje hasła tematyczne są zbyt ogólne i że nie wymieniam nazwisk, np. w haśle „chłopi”. Jedynym działem, który ze mną współpracował, był Dział Rzemiosła. Pozostałe, mimo mediacji dyrekcji, pozostały na moje prośby głuche.

St. Dębicki, Zydziak, 1886, MNK
St. Dębicki, Zydziak, 1886, MNK

Jak wyglądała współpraca z dyrekcją na tym etapie ?

Świetnie. Od początku współpraca z dyrektorem dr Markiem Świcą układała się znakomicie. Czułam wsparcie, zainteresowanie, choć nie mogłam zrozumieć, jak to jest, że pracownicy, w końcu państwowej instytucji, mogą bojkotować polecenia służbowe. Muszą czuć przyzwolenie. Ale z drugiej strony nigdy wcześniej jako kuratorka nie miałam kontaktów z żadnym muzeum, znałam tylko Zachętę i Tate Britain, uznałam więc, że to specyfika miejsca. Zaproponowałam wykład o wystawie dla pracowników, we wrześniu. Przyszło kilkadziesiąt osób (pracowników merytorycznych jest 280). I znów rozbiłam się o mur, bo na początku wykładu jedna z pracownic poprosiła, tonem dosyć kategorycznym, abym „używała prostszych słów”, bo ona nie rozumie słowa „dyskurs”. Pan z innego działo powiedział: „A ja wiem, kim pani jest. Ja panią zgooglowałem! Pani nam tu chce zrobić wystawę feministyczną!”.

Dosyć to agresywne.

Tak, i osobliwe. Ale nikt z dyrekcji mnie nie przedstawił. Nikt z obecnych na sali nie był zainteresowany tym, co mam do powiedzenia. Sala reagowała konfrontacyjnie, a ja tu z Mieke Bal… Byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie powiedziała o… Dziale Militariów. Robiąc wystawę antymilitarną, najlepszy kontakt miałam po wykładzie z pracownikami tego działu. Czyli działu jednak nie stricte muzealnego, w którym nie pracują historycy sztuki, lecz historycy. Prawdopodobnie dlatego też koordynatorem wystawy został Piotr Wilkosz i współpracowało nam się bardzo dobrze.

Ryszard Woźniak, Portret Ryśka Grzyba, 1984, MNK
Ryszard Woźniak, Portret Ryśka Grzyba, 1984, MNK

A kwestie budżetu?

Od tego się zaczyna. Otóż budżet miałam mieć… nieograniczony. Od początku namawiano mnie – i z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się to surrealne – na sprowadzenie obrazów Davida z Luwru, malarza dla mnie bardzo ważnego, niemniej kosztownego. Niewtajemniczonym powiem, że wypożyczenie np. „Przysięgi Horacjuszy” z Luwru wymagałoby gwarancji rządowych. Listy z pytaniami o wypożyczenia wysłano do Luwru jeszcze w tym roku. Teraz mam wrażenie, że to jedno z działań pozornych.

Do jakiego etapu udało się doprowadzić pracę?

Praktycznie do etapu końcowego. Pozostało nam sprowadzenie obrazów z kolekcji pozakrakowskich, w tym z muzeów w Warszawie, Poznaniu, Słupsku i Lwowie, oraz wybudowanie scenografii. Dziś myślę, że wszystko szło jakoś niespiesznie i że mimo coraz bardziej otwartych komunikatów, że „mamy mało czasu”, tego czasu mieliśmy dużo. Może aż za dużo.

Marcin Maciejowski, Głowa Państwa,  olej na płótnie, 54x40 cm
Marcin Maciejowski, Głowa Państwa, olej na płótnie, 54x40 cm

Nie miałaś sygnałów, że coś jest nie tak? Że brakuje pieniędzy?

Nie, nigdy wprost. Nawet jak Małgosia Szczęśniak zaprojektowała piękną galerię XIX-wiecznego malarstwa, pełną złoceń, o wąskich przejściach, w których widzowie byliby niemal zatrzaśnięci. Nigdy nie otrzymałyśmy komunikatu wprost: „Mamy tylko 200 tysięcy i ani złotówki więcej”. Jak znam Małgosię, wybitną polską scenografkę, to nawet w ramach takiego budżetu udałoby się jej zrobić coś fantastycznego. Jedyne zastrzeżenia budził nasz projektant graficzny. Robiąc wystawy zawsze pracuję z tymi samymi osobami i nie mam zwyczaju ani potrzeby pracować z nikim innym, ale tu, mimo zamawiania obrazów w luwrze, projektant okazał się za drogi i dostałam jakieś krakowskie studio.

A pozostałe koszty?

Przywiezienie samochodem MNK obrazów to raczej rutyna. Pamiętaj, że wystawa w 90 procentach opierała się na zbiorach krakowskich. Tego, co zgromadzono w magazynach, na miejscu. Dlatego nigdzie nie mogę jej przenieść, niestety.

Wspominałaś coś o styropianie?

A tak! Od czasu od czasu pojawiały się pytania, czy np. ścian labiryntu nie można by zrobić ze... styropianu albo czy widzowie nie poczują dyskomfortu w tych ciasnych przejściach i czy po tak męczącej wystawie będą chcieli znów do muzeum wrócić! Nie wydaje mi się, aby koncepcja wystawy została w jakiś głębszy sposób przyswojona.

Projekt został przekazany…?

W lipcu 2013 r., choć zgodnie z harmonogramem mieliśmy go oddać do końca czerwca. I tu znów coś się wydarza. Łukasz Kwietniewski, architekt, który robi projekt techniczny wystawy, nie może go oddać, bo... nie ma podpisanej umowy. Sytuacja analogiczna do mojej. Choć warunki umowy negocjowałam kilka miesięcy, na tydzień czy dwa przed oddaniem scenariusza prawnik Muzeum usunął wszystkie korzystne dla mnie zapisy wprowadzone przeze mnie, m.in. na temat warunków zerwania umowy przez Muzeum. To negocjacje z pozycji siły. Chcesz oddać scenariusz w terminie i po prostu podpisujesz. No więc Łukasz nie oddaje, Małgorzata pracuje równocześnie w Monachium, Paryżu i w Warszawie. Jej czas biegnie inaczej niż nasz. Ale jest sukces, już 8 lipca pędzimy do Krakowa z wydrukiem, na spotkanie z dyrekcją, bez pewności, czy będziemy mogły go przedstawić, bo w Warszawie Łukasz czeka na podpis. Scena jak z Barei. Ale się udaje. Oddajemy projekt wykonawczy, w tym teksty książki, i wyjeżdżamy. Do 26 lipca całość czytać ma dyrektor Zofia Gołubiew, osoba w Muzeum najważniejsza.

25 lipca zadzwonił do mnie pan Piotr z informacją, że wystawy nie będzie – została odwołana, ponieważ minister cofnął dotację. Jak się dowiedziałam dzień wcześniej, pracownicy muzeum dostali już okólnik zawiadamiający o odwołaniu wystawy. Strasznie to wszystko gorączkowe, pomyślałam. Dlaczego ci, którzy mi w niczym nie pomagali, dowiadują się przede mną? Pomyślałam, że tą decyzją dyrekcja coś sobie załatwia. Pobiegłam do ministerstwa.

Jan Rembowski, Portret kpt.  Mączki i Józefa Mączki, MNK
Jan Rembowski, Portret kpt. Mączki i Józefa Mączki, MNK

Argument finansowy na trzy miesiące przed otwarciem praktycznie gotowej wystawy...?

Wiesz, hasło „kryzys” zawsze dobrze działa. Pobiegłam po ratunek. Ale w ministerstwie nikt o żadnych cięciach w krakowskim Muzeum nie słyszał. Minister nie ma możliwości wstrzymania realizacji bieżącego budżetu. Zawsze przecież w sytuacji nagłej można uruchomić środki z rezerw ministerialnych. Wystarczyłby jeden telefon dyrektor Gołubiew, bo... „jej się nie odmawia”. Ale ona nie zadzwoniła. Próbowałam skontaktować się z dr Markiem Świcą, który był na wakacjach. Na początku bezskutecznie, po dwóch dniach dostałam esemesa z podobnym tekstem: musimy odwołać. Zrozumiałam, że telefon pana Piotra – tuż przed weekendem! – trzeba potraktować serio. Choć ciągle wydawało mi się, że wystawa jest jeszcze do uratowania.

Pierwsza myśl po telefonie Pana Piotra?

…że coś się pani dyrektor w naszym projekcie nie spodobało. Czegoś się doczytała. Ale z drugiej strony... Sto pięćdziesiąt bardzo znanych obrazów, rysunków, grafik, prac wideo, plus murale. Malczewski, Weiss, Michałowski, Wróblewski, Kulik, Modzelewski, Sawicka, Libera, Sasnal, Maciejowski, Kozak, Radziszewski… w dosyć niekanonicznym układzie, achronologicznym, pogrupowanych w przenikające się bloki. Nic tu strasznego. Myślałam, może „Klasztor Inversus” Tomka Kozaka z 2003 r., a więc już klasyk, film ze scen z „Trylogii” Hoffmana zmontowanych z twardym homoerotycznym porno? Może „KR” Artura Żmijewskiego, praca już muzealna, może mural Kozaka otwierający wystawę, z cytatem z de Sade’a, „Polacy! Jeszcze jeden wysiłek.”, z 2004, odsłaniający zaszyfrowane antysemickie treści w cyklu Grottgera? Ale z drugiej strony Muzeum chciało kupić projekt muralu Karola Radziszewskiego „Powstańcy”, zamówiony w 2009 r. przez Muzeum Powstania Warszawskiego i odrzucony za nie dość heroiczne treści... Nigdy zresztą nie usłyszałam słowa krytyki scenariusza, jego zawartości merytorycznej. Pod tym względem rzeczywiście pracowałam w warunkach komfortowych (śmiech). Ale jeśli nie finanse, nie treść, to co nam pozostaje? Ideologia. I wchodzimy na grząski teren polityki.

Jak brzmiał oficjalny powód odwołania wystawy?

„Troska o finanse państwa”. Tak napisała do mnie w liście pani dyrektor. Zaproponowała mi także rozmowy na temat nowego terminu wystawy w 2015, 2016 roku. Oraz rekompensatę. Po dwóch miesiącach otrzymałam aneks do umowy, który dotyczy zerwania umowy, niemniej słowem się o nim nie wspomina. Tak, jakbym nadal pracowała nad wystawą. Po wypłaceniu odszkodowania „strony nie mają wobec siebie żadnych roszczeń”. Mam nadzieję, że nie dotyczą one prawa autorskiego, gdyż, jak to ujął w żarcie dr Marek Świca, „projekt wystawy jest tak precyzyjny, że właściwie nie potrzebuje już kuratora”.

To, co wydarzyło się w krakowskim Muzeum Narodowym, jest elementem szerszego procesu, który nie ma chyba wiele wspólnego z finansami. Jak w twojej opinii wyglądają rzeczywiste powody odwołania tak zaawansowanego projektu?

Tego się zapewne nigdy nie dowiemy. Jak powiedziałam, słowo „kryzys” jest bardzo poręcznym wytrychem. Niemniej to sytuacja bez precedensu, kiedy autorytarna decyzja urzędnika kultury niszczy pracę innych, lekceważy podjęte zobowiązania. To przypowieść o nieprofesjonalizmie jednej z największych państwowych instytucji kultury, gdzie – jak widać – umów można nie dotrzymywać i gdzie agresję budzi słowo „dyskurs”. Sądzę, że odwołanie gotowej wystawy mówi nie tyle o granicach autonomii urzędników kultury, ile o ideologicznej niechęci do muzeum krytycznego i, niestety, o cenzurze. I już na koniec: myślałam, że muzea są od robienia dobrych wystaw, a nie bronienia finansów liberalnego państwa, bo to, o czym wiemy wszyscy, da sobie świetnie radę bez kultury.

Karol Radziszewski, Powstańcy, 2009, niezrealizowany projekt muralu dla Muzeum Powstania Warszawskiego
Karol Radziszewski, Powstańcy, 2009, niezrealizowany projekt muralu dla Muzeum Powstania Warszawskiego